Apologetyka, czyli o rozumnej ewangelizacji

Apologetyka, cóż to takiego? Nauka o przepraszaniu? Seria opowiadań o Apollosie? A może kolejny niepotrzebny nikomu segment teologicznej piwnicy? Już sama liczba potencjalnych skojarzeń świadczyć może o raczej wstydliwym losie skromnej i nieśmiałej apologetyki.

We współczesnych kościołach ewangelikalnych, nawet jeśli nikt nie wyprasza jej z czystej przyzwoitości za drzwi, to jednak też nikt nie zaprasza do pierwszych rzędów. Może dlatego nie ma zbyt wielu przyjaciół? Zresztą, ci którzy mieli przyjemność bliżej ją poznać często wpisane mają w rubryce przeznaczonej dla zastrzeżeń “podejrzane kręgi towarzyskie”.

Wszędzie wokół organizuje się bowiem konferencje “chwały”, “mocy”, “uwielbienia”, “przełomu”, “uwolnienia”, “młodzieżowe”, “uzdrowieńcze” lub “biblijne”. Ale apologetyczne? Czy może istnieć bardziej naiwny rodzaj marketingu niż zaoferowanie obok słowa “konferencja” dopisku “apologetyczna”? Apologetyka kojarzy się przecież – jeśli w ogóle z czymkolwiek się kojarzy – z nudnym i żmudnym zdobywaniem tajemnej wiedzy. Daleko jej do emocjonalno-sensorycznych wrażeń konkurencyjnych wydarzeń. Kroczy tuż za nią jak posępny cień ponure przekonanie, że “ludzkie argumenty” nijak się mają do Królestwa zasadzanego na mocy.

Apologetyka – rozumna ewangelizacja

Szkoda. Wielka szkoda, że z powodu nieporozumienia tak kluczowy obszar działalności Kościoła uznawany jest za zbytnie obciążenie dla dynamicznego wehikułu nowoczesnego chrześcijaństwa. Ośmielam się jednak postawić tezę, że wymontowanie silnika, choć z pewnością uczyni pojazd lżejszym, to jednak na pewno nie skuteczniejszym, szybszym lub bezpieczniejszym. Niedoszacowanie wartości apologetyki zubaża Kościół w wielu kluczowych aspektach, począwszy od zredukowanej i niepełnej ewangelizacji aż do dramatów młodzieży z chrześcijańskich rodzin, upadających pod ciężarem sceptycznego klimatu wyższych uczelni.

Apologetyka – rozumiana jako rozumna i odpowiedzialna obrona chrześcijańskiej wiary – potrzebna jest działaniom ewangelizacyjnym w równym stopniu jak butla tlenowa eksploratorom podwodnych światów. Nie stanowi wyłącznie jednej z wielu opcji lub ekskluzywnej oferty dla szczególnie zainteresowanych. Areopag współczesnego Zachodu wymaga bowiem rozumnego świadectwa Kościoła, obejmującego zarówno dobrą znajomość wiodących światopoglądów, jak i umiejętność odparcia ich zarzutów. Owa konieczność spotkania się z myślącymi ludźmi w miejscu ich uzasadnionych wątpliwości wydaje się być dzisiaj właściwie systemowo lekceważona. A przecież nawet apostoł Paweł nie wzdrygał się przed poświęceniem rozmówcom całego dnia na “wyłuszczanie sprawy” i “przekonywanie o Jezusie” (Dz 28,23). W jaki sposób mamy jednak “przekonywać o Jezusie”, jeśli nie wiemy w jaki sposób kształtował się kanon Pisma Świętego, a więc kluczowego elementu materiału dowodowego, ani też nie potrafimy wskazać przekonujących argumentów na poparcie jego wiarygodności? W jaki sposób mamy “wyłuszczać sprawę”, jeżeli konfrontacja z argumentami sceptyków zawsze wywołuje w nas popłoch i niecierpliwe przynaglenie do zmiany tematu?

Ewangelizacyjna służba Kościoła potrzebuje dziś rozpaczliwie apologetów, ludzi potrafiących dysponować argumentami przemawiającymi na rzecz prawdziwości chrześcijaństwa. Redukcja ewangelizacji wyłącznie do “mocnego świadectwa” może uczynić wrażenie na osobach kierujących się w życiu raczej emocjami niż argumentami, ale na dłuższa metę okaże się złym rozwiązaniem. Nawet jeśli większość społeczeństwa dryfuje w stronę antyintelektualnych interpretacji rzeczywistości, bazując na strzępach wrażeń, poruszeń i wzruszeń, zadaniem Kościoła powinno być kształtowanie postawy, w której idee przyjmowane są lub odrzucane ze względu na swoją prawdziwość lub jej brak. Ewangelizacja, w której kieruje się przesłanie wyłącznie lub przede wszystkim do sfery emocjonalnej człowieka prędzej czy później zwróci się przeciwko samej sobie.

Obsesja nowych form, absencja starych argumentów

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego szkolenia z nowych form ewangelizacji stały się taką obsesją współczesnego ewangelikalizmu, skoro przeciętny młody misjonarz zupełnie nie radzi sobie z argumentacją niewierzących rówieśników, nawet tych czerpiących antychrześcijańskie natchnienie wyłącznie z demotywatorów (“Jezus to kopia Mitry”, “Kościół wybrał sobie te ewangelie, które mu się podobały”, “Jezus nigdy nie istniał”). Nie mówiąc już o rozmowach ze sceptykami zaangażowanymi, zaznajomionymi choćby pobieżnie z książkami Richarda Dawkinsa lub Christophera Hitchensa, kiedy to okazuje się, że młodzieńczy entuzjazm przewraca się z hukiem o historyczne lub naukowe argumenty. Zbyt wiele razy byłem świadkiem takich sytuacji, aby myśleć, że gorliwość i “natchnienie Ducha Świętego” załatwią sprawę. Ba, zbyt często – jako początkujący chrześcijanin – doświadczałem wyżyn frustracji, kiedy mój rozmówca miał na poparcie swojego sceptycyzmu więcej przekonujących argumentów niż ja na poparcie swojej wiary. Gdzieś w głębi siebie wiedziałem, że moje zakłopotanie rodzi ten rodzaj milczenia, który z pewnością nie przynosi chwały Bogu. W okresie blisko 10-letniego zaangażowania w uliczne misje młodzieżowe, widziałem jak młoda chrześcijanka powtarza w bezsilności “Bóg cię kocha”, w odpowiedzi na szereg solidnych argumentów członkini Świadków Jehowy. Widziałem jak młody misjonarz recytował szeroko uśmiechniętym ateistom, że Bóg jest święty i sprawiedliwy, podczas gdy oni prosili o jakikolwiek argument na rzecz istnienia Boga. Widziałem jak przenikliwi studenci, wskazując na cierpienie ludzkości, z przekonaniem kwestionowali dobroć wszechmocnego Boga, podczas gdy zagubieni misjonarze z kilkuzdaniowymi traktatami w dłoni najchętniej zapadliby się wówczas pod ziemię. Widziałem wiele takich scenek, kwitowanych przez nas często prostym “nie był gotowy na Ewangelię”. Nie. To my nie byliśmy gotowi na ewangelizację.

A później jechaliśmy na kolejną młodzieżową konferencję, podczas której z tryumfem wręczano nam do ręki nowe instrumenty, podczas gdy my potrzebowaliśmy starych argumentów. I uczono bez końca nowoczesnych, zaskakujących i zmuszających do refleksji form ewangelizacji, tak jakby najbardziej zaskakujące i zmuszające do refleksji nie były po prostu trafne, głębokie i celne odpowiedzi na cyniczne pytania sceptyków. A przecież zdarzało mi się widzieć i takie sceny, gdy z twarzy młodego ateisty znikał prześmiewczy uśmiech, a on sam przyznawał, że jednak nie odrobił lekcji z wiarygodności chrześcijaństwa. Dlaczego z taką łatwością przychodzi nam ignorowanie potężnego potencjału rozumnej ewangelizacji, konfrontującej – w duchu miłości i szacunku – niewiedzę, sprzeczności i ograniczenia panoszące się w umysłach odrzucających chrześcijaństwo? Czyżby dlatego, że nabywanie wiedzy przypomina raczej nudną szkołę niż koncertowo-ewangelizacyjny fun, a perspektywa porządkowania i pogłębiania własnego światopoglądu przeraża równie mocno jak konieczność czytania szkolnych lektur podczas letnich wakacji? Dlaczego znajomość nowych instrumentów okazała się wielokroć ważniejsza od znajomości starych argumentów? Tych, które towarzyszyły Kościołowi właściwie od zarania, burząc warownie pogańskiego sceptycyzmu i oczyszczając przedpole dla Ewangelii?

Argumenty i Duch Święty

Spoglądając na proporcje szkoleniowych warsztatów, trzeba przyjąć, iż jakimś cudem uwierzyliśmy, że człowiek, który dostanie na ulicy butelkę wody z napisem “Żywa Woda” będzie bardziej otwarty na Ewangelię niż człowiek, któremu wytrąci się z dłoni porośnięte już pajęczynami przekonanie o niemożności pogodzenia nauki i wiary. Uwierzyliśmy za namową antyintelektualnej i rozrywkowej kultury, że głośny koncert wraz z ciekawą pantomimą i darmową kawą stanowi najbardziej optymalne wypełnienie przestrzeni ewangelizacji. Pomijając wszystko inne, zupełnie straciliśmy z pola widzenia ludzi, których stać na filharmonię, teatr i dobrą kawę, a którzy w takim samym stopniu jak inni potrzebują Ewangelii. Cóż, gdybyśmy poświęcili chrześcijańskiej młodzieży tyle czasu na szkolenie z podstawowych zagadnień apologetycznych, ile poświęcamy na wdrażanie nowoczesnych metod ewangelizacji, to pewien jestem, że nie tylko nasze ewangelizacje uległyby przeobrażeniu, ale i nasze kościoły.

Wielu ludzi odrzuca bowiem chrześcijaństwo nie z powodu nieznajomości Ewangelii Jana 3,16, ale z powodu znajomości IV Księgi Mojżeszowej 31,17 (warto sprawdzić!). Coraz częściej można spotkać młodych ludzi, którzy gardzą Ewangelią nie dlatego, że nie czytali Biblii, ale dlatego, że ją czytali. Ba, wielu z nich straciło wiarę nie dlatego, że nigdy nie podzieli się z religijnym autorytetem swoimi wątpliwościami, ale właśnie dlatego, że to zrobili. Nieobecność wysiłków apologetycznych po stronie Kościoła generuje wrażenie, że wierzący ludzie unikają trudnych tematów, uciekają w hasła i uproszczenia, a rażące sprzeczności swojego myślenia nazywają tajemnicą. Może nastał czas, aby obok proklamowania Ewangelii podjąć się również jej obrony? Obrony jej tożsamości, wiarygodności, spójności, zgodności z faktami historycznymi i rzeczywistością naukową? Czy nie to miał na myśli apostoł Paweł pisząc: “jestem tu, aby bronić Ewangelii” (Flp 1,16)?

“Chcesz powiedzieć, że ludzi przekonują nasze wyuczone argumenty, a nie Duch Święty?” Nie. Nie chcę tego powiedzieć. Chcę powiedzieć, że Duch Święty używa naszych wyuczonych argumentów, aby przekonywać ludzi, których pragnie zbawić Bóg. Tak samo jak używa naszych zarobionych pieniędzy, aby wesprzeć potrzebujących. Tak samo jak używa naszych rąk, aby odśnieżyć budynek, w którym będzie głoszona zbawcza Ewangelia – tak używa i naszych argumentów, aby odśnieżyć zasypane ścieżki niewierzącego umysłu.

“Ale przecież Bóg może zbawić człowieka bez naszych argumentów!” Tak, Bóg może wszystko. Mógłby zbawić cały świat poprzez cudowne wizje zmartwychwstałego Chrystusa, nie wykorzystując do tego celu nawet jednego zdania wypowiedzianego przez człowieka. Mógłby nakarmić głodujących chrześcijan poprzez rozmnażanie chleba, nie korzystając ze zbiórek ofiarnych współbraci. Mógłby rozwiązać wszystkie finansowe problemy swoich dzieci, wysyłając je po monety w pyszczku ryb pływających w pobliskich stawach. Mógłby, ale wybrał inną drogą, najpewniej znacznie wspanialszą. Przez naszą pracę, przez nasze głoszenie, przez naszą ofiarność, przez nasze argumenty.

“Ale apologetyka składa się często z trudnych słów, których nie rozumiem!” Cóż, Pismo Święte składało się kiedyś z czarnych znaczków na białym tle, z których każdy był dla ciebie absolutnie nieodgadnioną tajemnicą. Mozolna nauka alfabetu okazała się jednak adekwatnym rozwiązaniem problemu. Dlaczego nie miałoby być podobnie z kilkunastoma nowymi słowami z obszaru apologetyki?

Realna odpowiedź – I Konferencja Apologetyczna

Mając na względzie wszystko to, co napisałem powyżej, pozostaje wyłącznie zaprosić Was – drodzy Czytelnicy – na I Konferencję Apologetyczną, której partnerem został portal NDJ, a która odbędzie się już 06.05.2017 r. w Polkowicach. Dobór tematów oraz wykładowców, a także przyjęta konwencja konferencji, służyć mają wzmocnieniu zadania ewangelizacji świata, ale także dojrzałości i samoświadomości chrześcijan. Jestem przekonany, że każdy chrześcijanin, któremu bliska jest rozumna ewangelizacja, powinien się tym wydarzeniem zainteresować. Więcej informacji znajduje się na stronie: www.konferencjaapologetyczna.pl. Serdecznie zapraszam.

  • 62 Posts
  • 0 Comments
Szczęśliwy mąż i ojciec, prawnik, absolwent prawa na Uniwersytecie Śląskim oraz teologii w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej w Warszawie. Zaangażowany w szereg inicjatyw chrześcijańskich. Redaktor Naczelny portalu nalezecdojezusa.pl oraz współtwórca portalu myslewiecwierze.pl. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Od kilku lat zachwycony Chrystusem jako Osobą, Ideą i Odpowiedzią.