Z dużym smutkiem i wręcz dozą przerażenia obejrzałem jakiś czas temu filmik wypuszczony w obieg przez papieża Franciszka. W ramach papieskiej intencji modlitewnej na styczeń bieżącego roku, rzymskokatolicki pontyfik apeluje o modlitwę w intencji zapanowania pokoju i sprawiedliwości na świecie, podkreślając braterstwo wszystkich ludzi jako dzieci Bożych. Ktoś mógłby zapytać – co w tym złego? Czyż Bóg nie pragnie, by świat odetchnął po tysiącach lat toczących ją wojen i nieszczęść? Czy i Kościół na ziemi nie powinien podzielać tego pragnienia, łącząc się w modlitwie o spełnienie Bożego zamysłu? Czy każdy człowiek – bez względu na wyznawaną wiarę lub jej brak – nie pozostaje obdarzony godnością Bożego stworzenia? W istocie, odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi “tak”. Pan historii rzeczywiście kieruje ją ku chwili, w której “Nie będą krzywdzić ani szkodzić na całej mojej świętej górze, bo ziemia będzie pełna poznania Pana jakby wód, które wypełniają morze” (Księga Izajasza 11, 9). Żaden z ludzi natomiast nie jest pozbawiony przyrodzonej godności; dopóki żyje, dopóty w jakiś choćby bardzo niedoskonały sposób przechowuje w sobie obraz Boży.

Mimo to, przedstawiony filmik w mojej opinii opiera się na fundamentalnie błędnych podstawach. Promuje on nie tylko fałszywe spojrzenie na człowieka, ale także na Boga i sens historii. W największym skrócie, grzeszy on swoim… optymizmem. Pozwólcie, że rozpocznę niniejszy artykuł od bardziej szczegółowej analizy papieskiego klipu, by później przejść do jego komentarza.

Wizja Franciszka

Papież rozpoczyna swój filmik od stwierdzenia, że większość mieszkańców ziemi określa się jako wierzący – z tego też powodu wierzący ci, reprezentujący przecież różne religie, powinni pogłębiać wzajemny dialog. Następnie klip prezentuje kolejnych religijnych przywódców – buddystkę, żyda, katolika i muzułmanina. Każdy z nich składa właściwe sobie wyznanie wiary.

Później, Franciszek stwierdza, że choć ludzie różnią się sposobem myślenia i wyznaniem, wciąż łączy ich fundamentalna tożsamość – bycie dzieckiem Boga. Następnie kolejni liderzy deklarują wiarę w Miłość a papież apeluje o modlitwę, “aby serdeczny dialog między kobietami i mężczyznami różnych religii rodził owoce – pokój i sprawiedliwość.” Klip kończy się zestawieniem symboli religijnych – tak jak na obrazku ilustrującym niniejszy artykuł. Każdy może zresztą samemu obejrzeć omawiany filmik pod adresem: www.youtube.com/watch?v=GYQ15bpnzQE

Jedno trzeba przyznać – wypuszczony przez Watykan klip posiada swoją logikę. Jest wewnętrznie spójny; z zaprezentowanej przesłanki rzeczywiście wynikają przedstawione wnioski. JEŚLI wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, oznacza to ni mniej ni więcej, jak to że jesteśmy z natury dobrzy. A skoro tak, to wówczas i nasze dzieła w postaci różnych religii są co do istoty dobre. To co dzieli ich wyznawców jest dużo mniejsze niż to, co ich łączy; różnice są powierzchowne, podczas gdy jedność fundamentalna. Jeśli gdzieś tkwi problem uniemożliwiający osiągnięcie owocnej współpracy, to raczej w uprzedzeniach, stereotypach lub nieuzasadnionym, wykluczającym fundamentalizmie, które papież nieraz piętnował w innych wypowiedziach. Pozbądźmy się ich, a ogólnoświatowy pokój będzie w zasięgu ręki. W końcu wszyscy wierzymy w Miłość! Franciszkową wizję najkrócej można podsumować słowami amerykańskiej dewizy “One nation under God”; w tym kontekście jednak narodem jest ludzkość a Bogiem – Miłość.

Błąd optymistycznej antropologii

Tradycyjnie chrześcijańskie spojrzenie na kondycję ludzkości zawsze wychodziło od upadku; choć człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, po drodze zdarzyło się coś, co dalece zaburzyło ten stan rzeczy. Pierwsi rodzice upadli, a grzech na dobre zakorzenił się w ludzkim sercu. Tak – według słów Biblii zło na tym świecie pochodzi z ludzkiego wnętrza (Ewangelia Marka 7,21-23); nie jest akcydensem, lecz najbliższym towarzyszem. To nie przypadkiem przylegający do ubrania ośli rzep, ale chwast rosnący na glebie serca. Innymi słowy; Bóg nas stworzył, lecz diabeł wychował.

Nie wszyscy ludzie są dziećmi Bożymi – inaczej nie miałyby sensu słowa Apostoła Jana: “Tym zaś, którzy Go [Jezusa] przyjęli, dał moc by stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego” (Ewangelia Jana 1, 12). To prawda, Stwórca wszelkiego stworzenia nie odmawia swojej miłości nikomu – lecz tożsamość synowska jest wyjątkowym darem, którego udziela jedynie jednorodzony Syn Boży, Jezus Chrystus. Bez Jego łaski człowiek nie posiada prawa, by móc tytułować się w ten sposób.

Idąc dalej, także i w naszej ocenie religii niechrześcijańskich nie możemy pozwolić sobie na optymizm. Ich istnienie jest co prawda w jakimś sensie śladem Boga; fakt, że człowiek wszędzie i zawsze w coś jednak wierzy, pokazuje jego teotropiczną (ukierunkowaną na Boga) naturę. Istnieje w nas pewien rodzaj duchowego instynktu, który motywuje do szukania Boga i jest odpowiedzialny za powstanie tak wielu religii. W wielu z nich zresztą, można przecież znaleźć niejedną pojedynczą rzecz lub myśl, która bez wątpienia jest cenna i wartościowa.

Bez Objawienia jednak, bez pomocy z góry, nasz duchowy instynkt staje się niezdolny do odnalezienia prawdy; w najlepszym przypadku sprowadza się on do czci oddawanej Nieznanemu Bogu, lecz dużo częściej utyka w metafizycznej pustce lub wyradza się wręcz w kult demonów. Dobrze podsumował to Jan Kalwin: „Ciemność błędu przyćmiewa oraz ostatecznie gasi te iskry, które miały pokazać im [poganom] chwałę Boga. Przekonanie, że jest jakieś Bóstwo, wciąż co prawda istnieje, niczym roślina, która nigdy nie może być całkiem wykorzeniona; choć jest przy tym tak zepsuta, że potrafi wydać już tylko najpodlejszy owoc.” („Instytucje”, Księga I, Rodział IV, sekcja 4) Myli się toteż ten, kto myśli, że religie niechrześcijańskie można zinterpretować jedynie pozytywnie, w kategoriach szukania Boga; są one bowiem równocześnie Jego gubieniem. Każda z nich – czy to judaizm, czy islam, czy religie dharmiczne – w potężny sposób przysłaniają prawdę o Trójjedynym. Co więcej, w żadnej z nich nie ma miejsca na Wcielenie, Ukrzyżowanie i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa; fundamentalne prawdy dającej zbawienie Ewangelii. A przecież “Innej nie ma!” (List do Galacjan 1,7). Jest zatem potwornym błędem “poklepywać po ramieniu” niechrześcijan. Absolutnie wierzę w to, że wyznawców judaizmu, islamu, hinduizmu i buddyzmu należy kochać – kochać szczerze i z szerokim sercem, które nie wstydzi się powiedzieć im PRAWDY! Prawdy o Jezusie jako jedynej drodze do Ojca. Słowa te wcale nie muszą padać w atmosferze wyższości; chrześcijanie wiedzą bowiem, że od innych ludzi różni ich nie osobista zasługa a Boża Łaska. Inaczej pysznym okazałby się Apostoł Jan, który z prostotą napisał: „My wiemy, że z Boga jesteśmy, a cały świat tkwi w złem.” (I List Jana 5, 19).

Filmik Franciszka nie ujmuje jednak tej prawdy.  Przedstawiony w nim optymizm antropologiczny – a zatem przekonanie, że natura ludzka jest zasadniczo dobra – nie ma chrześcijańskiego charakteru. Przypomina bardziej optymizm antychrześcijańskich rewolucjonistów Oświecenia; przekonanych, że od trwałego pokoju i dobrobytu dzieli nas tylko jeden krok, a zło da się sprowadzić do jakiejś systemowej przeszkody w postaci tradycji, religii czy własności – wystarczy zatem tylko ją usunąć, a ukryte wewnątrz człowieka dobro samo rozkwitnie, dając nam raj na ziemi.

Co najważniejsze jednak, optymizm antropologiczny zawsze podminowuje i ostatecznie usuwa potrzebę łaski; jeśli wszystko jest co do zasady dobrze, po co nam Chrystus? Po co Krzyż? Po co zbawienie? Na filmiku jest przecież ono pokazane jako jedna z opcji; wyznanie wiary weń pada tylko z ust katolickiego księdza i nic nie wskazuje na jego wyższość nad wyznaniami innych.

Zapomniana Paruzja

Perspektywa nastania ogólnoświatowego pokoju osiągniętego dzięki porozumieniu religijnych i politycznych przywódców, w którą najwyraźniej głęboko wierzy papież Franciszek, kłóci się z jeszcze jedną doktryną chrześcijaństwa; obwieszczającą powtórne przyjście Chrystusa. Biblia naucza bowiem, że prawdziwy pokój nie zostanie osiągnięty wewnątrz procesu historycznego – jego nadejście nastanie dopiero, gdy Chrystus powróci na Ziemię i samemu zniszczy nieprawość.

O prawdzie tej szczególnie mocno musimy pamiętać dziś, gdy wizja pokoju i “końca historii” zbudowanego na fundamencie ideologii demokracji i praw człowieka stale obecna jest w międzynarodowym dyskursie. Parafrazując Marksa, można by powiedzieć; “Widmo krąży po świecie – widmo liberalizmu”. Jego celem jest pokój bez prawdy, antropologia bez grzechu, religia bez Chrystusa. Pomysł ten może wydawać się atrakcyjny dla człowieka nieodrodzonego, upatrującego ratunku jakkolwiek i skądkolwiek; lecz chrześcijanie wiedzą, że projekt pokojowy pomijający krzyż Jezusa, na którym Bóg pojednał z Bogiem ziemię i niebo, ma zawsze znamiona antychrysta; dawcy fałszywej nadziei. A kto składa prawdę na ołtarzu pokoju, ten przekona się, że i pokój potrafi być zdradzieckim bogiem.

Z drugiej strony jednak, pesymizm eschatologiczny jest dziś dla nas ważny także dlatego, że przygotowuje on nas dobrze do dalszego życia w upadłym świecie. Chrześcijanin, który wie, że otaczająca go rzeczywistość właściwie w każdej chwili może runąć, a żaden porządek polityczny nie jest wieczny, jest właściwie wyposażony do życia w rzeczywistości targanej nawałnicą przemijania. Samo przypominanie tej prostej prawdy w stale zaskakiwanym katastrofą świecie często wystarcza, by uczynić z nas proroków. Nie upoważnia nas to do porzucenia planów przemieniania rzeczywistości wokół nas – ale uczy, by nawet do nich nie przywiązywać wagi ostatecznej.

Przed mającymi dobre intencje wielkimi tego świata stoi niełatwe zadanie – zupełnie słuszne przecież pragnienie zapobiegania konfliktom musi zawsze współgrać z gotowością narażenia się na konflikt za cenę obstawania przy prawdzie. Nie można też zapomnieć o własnej ograniczoności; to nie Kościół, lecz Chrystus ma ostatecznie zakończyć kryzys trawiący historię. Z tego też powodu nie krytykuję Franciszka za dążenie do pokoju; krytykuję za chęć budowania go na fałszywych przesłankach. Opacznie zinterpretowane braterstwo wszystkich ludzi ostatecznie wyradza się bowiem w braterstwo wszystkich religii – a to stoi w opozycji do przesłania Ewangelii tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jesteśmy właśnie świadkami tego procesu; i jako wierzący w Chrystusa nie możemy milczeć. Wizja Franciszka jest zresztą nie do pogodzenia nie tylko z konserwatywnym protestantyzmem; uderza ona także i w rzymski katolicyzm, podważając to, co w nim z pewnością słuszne i wartościowe.

Kończąc niniejszy artykuł, warto zacytować (nie jako autorytatywną, lecz z pewnością trafną) wypowiedź jednego z poprzedników Franciszka – Piusa VI: “Czy można większą zniewagę wyrządzić Chrystusowi, jak stawiając świętą wiarę chrześcijańską na równi z przewrotnością żydowską, z bezeceństwem muzułmańskim, z zabobonem pogańskim i bezbożną próżnością naturalizmu? Podobny amalgamat jest największą potwornością. Przyjmowanie obojętne wszelakiego rodzaju błędów potwornych dowodzi nędznej głupoty, nad którą nigdy dość ubolewać. Przez sam fakt niesprzeciwiania się żadnemu błędowi człowiek staje się winien popierania błędów wszystkich” (Bulla “Debitus Apostolatus Nostri”).

Otóż to. Otóż to.