Pan chciał Go zmiażdżyć cierpieniem

Jedno z najbardziej niezwykłych proroctw w Starym Testamencie znajdujemy w 52 i 53 rozdziale Księgi Izajasza. Określa się je mianem Pieśni o Cierpiącym Słudze PANA.

Oto Mój sługa odniesie zwycięstwo (Iz 52:131) – tak Pan Bóg rozpoczyna to proroctwo. W Księdze Izajasza takich pieśni o Słudze PANA jest kilka. Ogólnie rzecz biorąc, w drugiej połowie księgi Izajasz opisuje konsekwencję grzechów Izraelitów, a dokładnie Judejczyków – tą konsekwencją jest niewola babilońska – ale też opisuje wybawienie, ratunek, który otrzyma później Boży lud. W tym kontekście tu i ówdzie przewijają się właśnie wypowiedzi o Słudze JHWH; między innymi w 42:1-9, gdzie czytamy, że ten tajemniczy Sługa jest kimś, kogo Bóg wspiera, w którym ma On upodobanie, który jest łagodny, a jednocześnie został powołany na pośrednika przymierza, a także na światłość dla narodów. Ten Sługa ma przynieść erę pokoju i sprawiedliwości. Później znów widzimy Sługę PANA w 49:1-13. Pojawiają się tam podobne wątki, Sługa niesie ludziom ratunek, ale dzieje się też coś wyjątkowego: Bóg zwraca się do tego sługi per „Izraelu”, a jednocześnie mówi, że ma on zarówno sprowadzić i podźwignąć Izraelitów, jak i przynieść zbawienie innym narodom. Sługa jednocześnie więc jest Izraelem… i ratuje Izrael. Wrócimy do tego w dalszej części tekstu.

Kolejny ważny wątek pojawia się w trzeciej pieśni o Słudze PANA. W 50:4-11 widzimy, że otrzymuje on Słowo od Boga i przekazuje je innym, że słuchają go ci, którzy czują bojaźń przed Bogiem, ale też widzimy Sługę jako… cierpiącego. Pokornie znosi prześladowania, licząc na ratunek od Tego, który go posłał.

W końcu pojawia się pieśń czwarta, która jest w centrum naszej uwagi (52:13–53:12). W niej wątek cierpienia wysuwa się na pierwszy plan i zostaje rozwinięty w taki sposób, jakiego chyba nikt w czasach Izajasza by się nie spodziewał.

W pierwszych trzech wersetach, 52:13-15, mamy jakby wprowadzenie, streszczenie całości. Wciąż do końca nie wiemy, kim jest Sługa, ale ciekawe są słowa użyte w w. 13: będzie wyniesiony i bardzo wywyższony. Takie sformułowanie pojawia się w Księdze Izajasza jeszcze trzy razy (6:1; 33:10; 57:15) i w każdym przypadku odnosi się do wywyższenia Boga; na przykład kiedy Izajasz ma wizję Boga zasiadającego na tronie w świątyni, dokładnie coś takiego o Nim mówi. Również motyw zaszczytu jest w Księdze Izajasza ważny: Bóg mówi w wielu miejscach (np. 2:6-22), że zaszczyty ostatecznie przypadną Jemu, a nie ludziom, którzy mają o wiele mniejszy wpływ na losy świata, niż im się wydaje. Kim więc jest ten Sługa, któremu jest zapowiedziana taka przyszłość?

Ale zanim nadejdzie wywyższenie, ma się stać coś niezrozumiałego, przerażającego wręcz: Wielu przeraziło się z jego powodu – tak zniekształcony, daleki od ludzkiego, był jego wygląd, jego postać niepodobna do człowieka. On zadziwi liczne narody, królowie zamkną przed nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i zrozumieją coś, czego nie słyszeli (52:14–15).Nadejdzie czas, gdy narody i ich królowie poznają wywyższonego Sługę; ale najpierw jego postać stanie się dla wielu powodem do przerażenia.

Po tym wstępie Izajasz rozpoczyna jakby drugą zwrotkę. Kto uwierzył temu, co usłyszeliśmy? Na kim się objawiło ramię Pana? (53:1) – to są pytania retoryczne, tzn. Izajasz zadaje je nie po to, żeby znaleźć odpowiedź, tylko żeby zaznaczyć to, jak niewielu uwierzyło w wieść o Słudze i jak nieoczekiwane było to, w jaki sposób ukazało się ramię PANA. Jest to być może język nie do końca dla nas zrozumiały, ale w Biblii, kiedy Bóg ukazuje swoją moc w działaniu, dokonuje czegoś niezwykłego, sądząc ludzi złych albo ratując pobożnych, często zostaje to opisane w taki sposób, że On okazuje swoje ramię. Tutaj również ma to miejsce, ale w sposób zupełnie nieoczekiwany.

Bo ten Sługa, o którym poprzednie pieśni mówiły niesamowite rzeczy, okazuje się być kimś – z ludzkiej perspektywy – skrajnie nieodpowiednim. Pojawia się nie wiadomo skąd – nie jak potężny dąb, ale jak młody pęd, jak korzeń (53:2), który walczy o przetrwanie w przesuszonej glebie. Nie pasuje do obrazu herosa. Bo ci, którzy mają wpływ i zmieniają rzeczywistość, to zwykle ludzie dominujący, wpływowi, atrakcyjni, mający jakąś osobistą siłę przyciągania, dzięki której gromadzą wokół siebie ludzi i przekonują ich do swoich planów. Ale ten człowiek, o którym pisze Izajasz, nie jest imponujący, nie jest podziwiany przez świat – jest nawet opisany jako nieatrakcyjny. Trudno stwierdzić, czy należy traktować to dosłownie; możemy sobie przypomnieć różnych bohaterów w Biblii, używanych przez Boga, którzy byli wyjątkowo urodziwi – coś takiego czytamy m.in. o Józefie i o Dawidzie. Ale Sługa ma do tej kategorii nie pasować. Jeszcze więcej mówi w. 3: Sługa ma być wzgardzony, odrzucony, ma być kimś, dla kogo cierpienie jest chlebem powszednim, takim człowiekiem, na którego nie chce się patrzeć – bo aż robi się głupio, bo jego stan wzbudza niesmak, bo może jeszcze czymś się zarażę. Taki obraz może dotyczyć całego jego życia, ale przede wszystkim dotyczy czekającego go cierpienia.

A o tym cierpieniu Izajasz mówi nam dużo. Mamy nagromadzenie wielu obrazów, wielu określeń – w w. 4-6, w kolejnej zwrotce: dotknięty karą, chłostany, poniżony, przebity, zmiażdżony. Ale najgorzej jest w w. 7-9: jest bity i torturowany, ale nie broni się, przyjmuje cierpienie z godnością i w milczeniu; zostaje uwięziony i osądzony, a następnie wyprowadzony na rzeź. Ale jego pokolenie nie przejmuje się tym – ma go za nic. W końcu ponosi śmierć. Tajemnicze rzeczy mówi Izajasz o jego pogrzebie: Sługa ma spocząć wśród przestępców oraz wśród bogaczy. Ale oto, co jest sednem sprawy: Sługa PANA cierpi niewinnie. Nikomu nie uczynił nic złego. Jego ust nie splamił nigdy fałsz. Przeżywa ból, który mu się nie należał. Ponosi śmierć, na którą nie zasłużył.

I tak jakby nie było to wystarczająco oburzające, Izajasz mówi nam też, jaki jest prawdziwy powód cierpienia Sługi. Nie jego wina – lecz cudza.

Był człowiekiem pełnym boleści, doświadczonym cierpieniem (w. 3) – i Izajasz mówi w imieniu swojego narodu: my uznaliśmy go za dotkniętego karą, chłostanego przez Boga i poniżonego. Sposób myślenia typowy dla starożytnego Bliskiego Wschodu, fałszywy, ale zdarza się i dzisiaj: skoro ów człowiek tak bardzo cierpi, to najwyraźniej musiał ostro nagrzeszyć. Tymczasem prawda jest taka, że on wziął na siebie NASZE cierpienia, dźwigał NASZE boleści. Został przebity za nasze grzechy, zmiażdżony za nasze winy. Dla naszego dobra przyjął chłostę, dzięki jego ranom doznaliśmy uzdrowienia. Pobłądziliśmy wszyscy jak owce, każdy skierował się na własną drogę, a PAN go obarczył winą nas wszystkich (w. 5-6); został wyrwany z krainy żyjących i pobity za nieprawości Mojego ludu (w. 8). Szok, który ma wzbudzić proroctwo Izajasza, wynika z tego, że Sługa PANA nie tylko cierpi niewinnie – cierpi ZA WINNYCH. Izraelici rozumieli ideę cierpienia zastępczego, ponieważ ważnym elementem ich religijności były ofiary ze zwierząt, m.in. ofiary za winę. Ktoś, kto zgrzeszył, mógł złożyć ofiarę ze zwierzęcia, na które symbolicznie była przenoszona wina człowieka. Powinien być ukarany człowiek, ale zamiast niego umierało zwierzę – był to wyraz skruchy grzesznika i coś, co pozwalało mu dalej żyć w przymierzu z Bogiem. Tutaj okazuje się, że taką ofiarą ma być inny człowiek. Podczas gdy wszyscy – mówi Izajasz – pobłądziliśmy jak owce, on również przypomina owcę prowadzoną na rzeź – bezbronną – na ofiarę za nas.

Już w. 5-6 mówią o celu jego cierpienia: nasze dobro, nasze uzdrowienie. Ale o ostatecznym rezultacie i tryumfie Sługi mówią najwięcej w. 10-12. PAN jednak chciał go zmiażdżyć cierpieniem. Jeśli odda swe życie na ofiarę zadośćuczynienia, to ujrzy potomstwo, wydłuży swoje dni i przez niego spełni się wola PANA (w. 10) – Sługa otrzyma więc to, co stanowiło definicję dobrego życia w Starym Testamencie: dzieci, długowieczność i spełnianie woli PANA. Po udrękach swojego życia ujrzy światłość i nasyci się jej poznaniem. Mój prawy sługa usprawiedliwi wielu, on sam będzie dźwigał ich winy. Dlatego dam mu udział pośród wielkich i z potężnymi podzieli zdobycz za to, że na śmierć wydał swoje życie i został zaliczony do występnych. Tymczasem dźwigał On grzechy wielu i orędował za przestępcami (w. 11–12). Sługa PANA po swojej udręce, po swojej śmierci, ujrzy światłość, nasyci się, stanie się zwycięzcą… ten, który był ostatni, stanie się pierwszym. I przez to, że dźwigał grzechy wielu i orędował za przestępcami, przyniesie usprawiedliwienie winnym. Przywróci im status ludzi prawych, dobrych, takich, którzy żyją w dobrych relacjach z Bogiem.

W jaki więc sposób miał nadejść ratunek, który Izajasz zapowiada w całej swojej księdze? Udręczony Sługa JHWH, z milczeniem przyjmujący mękę i śmierć, choć spotka się z obojętnością i potępieniem ze strony ludzi, którzy sądzą, że jest słusznie karany przez Boga, w rzeczywistości poniesie winy Bożego ludu, zapewniając mu uzdrowienie, pokój i usprawiedliwienie, zaś sobie – zwycięstwo.

Zanim przejdziemy do Tego, którego imię w kontekście tej pieśni ciśnie się nam na usta – zauważmy, że wiele rzeczy Izajasz pozostawia niedopowiedzianych. Na przykład nie wyjaśnia, w jaki sposób Sługa ma po tych wszystkich cierpieniach otrzymać błogosławieństwo, przejrzeć, zwyciężyć i tak dalej. Można by tak pokombinować w interpretacji, żeby nie rozumieć tej śmierci Sługi dosłownie: np. że Sługa co prawda bardzo cierpi, jest na skraju śmierci, może został wygnany z ziemi obiecanej, ale dosłownie nie umiera, więc w końcu zostaje uratowany. Tylko jak w takim scenariuszu miałby oddać swe życie na ofiarę zadośćuczynienia, jak mówi w. 10? To przecież jest warunkiem późniejszego zwycięstwa. Czy Izajasz nie sugeruje nam tutaj, że Sługa umrze, a potem powróci do życia?

Przede wszystkim jednak: kim tak właściwie ten Sługa PANA ma być? Czy jest to jakaś jedna, konkretna osoba? Wśród Żydów pojawiło się wiele odpowiedzi, wiele też się pojawia wśród współczesnych uczonych. Niektórzy widzieli w Słudze samego proroka Izajasza: tego, który sam był co prawda sprawiedliwy, ale cierpiał z powodu tego, że inni Judejczycy byli grzeszni i ściągnęli na naród karę. Jeden z problemów z taką interpretacją, że Sługą jest sam Izajasz, jest taki, że we wspomnianym już rozdziale 6 sam Izajasz okazuje się człowiekiem potrzebującym oczyszczenia z grzechów. Gdy staje przed Bogiem, z przerażeniem woła: Biada mi, jestem zgubiony! Jestem człowiekiem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach (6:5). Ale później otrzymuje przebaczenie i słyszy od jednego z serafinów: twoja wina została zmazana, a twój grzech przebaczony (6:7). Sam o sobie nie mógłby powiedzieć, że nie popełnił żadnego zła, a tym bardziej nie mógłby cierpieć jako ofiara za czyjeś grzechy. Sam potrzebował usprawiedliwienia.

Jeszcze ciekawsze dla mnie jest to, że inna interpretacja, od wieków najbardziej popularna wśród Żydów, mówi, że cierpiącym niewinnie Sługą JHWH jest sam Izrael. Albo, precyzując, sprawiedliwa resztka z narodu izraelskiego. Wszakże – jak już zauważyliśmy – w jednej z poprzednich pieśni o Słudze Bóg zwraca się do niego per „Izraelu” (49:3), podobnie jak w innych miejscach. Koncepcja jest więc taka, że naród izraelski, odrzucony przez świat, cierpi niewinnie z rąk narodów pogańskich, ale to cierpienie przyniesie kiedyś tym narodom ratunek.

Rzeczywiście, w rozdz. 49 Sługa PANA jest nazwany Izraelem, ale zauważyliśmy już także, że jest tam opisywany nie tylko jako światło dla innych narodów, ale też jako ktoś, kto ma uratować… Izrael. Izrael, który ma uratować Izrael. Nie można więc tego spłaszczyć i stwierdzić, że opisywanym Sługą jest po prostu naród izraelski. Chodzi tam raczej o jakąś postać, która reprezentuje to, czym naród izraelski od zawsze miał być, ale do tego nie dorastał.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden wątek. Wszystko, co Izajasz mówi w pieśni o cierpiącym Słudze – że mieliśmy go za nic, że dźwigał nasze boleści, że został zmiażdżony za nasze winy – wszystko to Izajasz mówi jako Izraelita, w imieniu Izraelitów. Nie jako poganin, bo nie jest poganinem. Sługa umiera zarówno za grzechy Żydów, jak i pogan, ponieważ jedni i drudzy są grzesznikami. Biorąc pod uwagę, że jednym z głównych tematów całej Księgi Izajasza jest to, jak upodlili się mieszkańcy Judy i jak bardzo zasłużyli na Bożą karę, zdumiewa mnie, że według niektórych to właśnie naród izraelski jest niewinnie cierpiącym Bożym sługą, który ponosi karę za winy pogan.

Powinno być dla nas jasne, że tym, który jako nasz zastępca został skazany na śmierć i przyjął na siebie Boże przekleństwo, jest Jezus. Jezus z Nazaretu – z tego miasta, z którego podobno nie mogło pochodzić nic dobrego. Nieoczywisty kandydat na wybawcę – nie książę, nie wojownik, lecz cieśla. Pogardzany przez elity, odrzucany tak, że miano Go za nic. A gdy został pojmany, opuścili Go wszyscy, zakryli przed Nim twarz. I Jego ciało zostało nieludzko zniekształcone. Jeśli ktokolwiek był w historii świata zaznajomiony z cierpieniem, to właśnie On.

Jezus został zdradzony przez przyjaciela i potępiony przez sędziego, Piłata, który złożył świadectwo o Jego niewinności (Łk 23:4), a jednak oficjalnie skazał Go na śmierć tak, jakby był winny. Został ubiczowany, wyśmiany, ubrany w purpurowy płaszcz i koronę z cierni. Został „ukrzyżowany” – przybity do rzymskiego krzyża. Samo ukrzyżowanie stanowi przerażający dowód niewyobrażalnego okrucieństwa, które jeden człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu. Skazańcy zwykle umierali nie z powodu przebicia rąk i nóg, lecz wycieńczenia całego organizmu, odwodnienia lub uduszenia. Ich męka mogła więc trwać wiele dni. By przyspieszyć nadejście śmierci, czasem łamano im kości udowe, by nie mogli podeprzeć się na nogach i zaczerpnąć oddechu. Jeśli chodzi o Jezusa, nie było takiej potrzeby. Wylano na Niego tak ogromne okrucieństwo, że zmarł po kilku godzinach.

Jezus został więc zdradzony, odrzucony przez swój naród i opuszczony przez swoich uczniów. Był torturowany, został przybity do rzymskiego krzyża i poniósł śmierć. Doświadczył pełni Bożego gniewu. Ten, w którym Bóg od zawsze miał upodobanie (Mt 3:17), teraz wziął na siebie przekleństwo, doświadczając tego, co stanowi istotę piekła – oddzielenie od Bożej chwały. Spadły na Niego wszystkie konsekwencje grzechu. Wszystkie nasze choroby wziął na siebie, jak zapowiadał Izajasz.

Umarł i został pogrzebany. Ukrzyżowany między bezbożnymi – jeden bluźnił, drugi się nawrócił – a następnie pochowany w grobie bogacza, Józefa z Arymatei.

Jego ofiara, ofiara krwi Jezusa Chrystusa, jest dla nas gwarancją zbawienia – jeśli z niego skorzystamy. Wartość przelanej krwi niewinnego Syna Bożego jest nieskończona. Jego ofiary nie trzeba powtarzać ani niczym uzupełniać. Jego śmierć spełniła wymagania Bożej sprawiedliwości, uwolniła nas od winy i mocy grzechu oraz zapewniła nam wieczne życie z Bogiem.

Jezus prawdziwie stanął w naszym miejscu. Sprawiedliwy poniósł karę grzeszników. Niewinny wziął na siebie winę tych, którzy powinni usłyszeć wyrok skazujący z ust niebiańskiego Sędziego. Była to jedyna droga do tego, by zadośćuczynić Bożej sprawiedliwości, by spłacić dług o nieskończonej wartości – ponieważ zaciągnęliśmy go na siebie przez grzech przeciwko nieskończenie wartościowemu Stwórcy. Nic innego niż męka i śmierć Syna Bożego nie byłoby w stanie zdjąć z nas wyroku potępienia.

Dlatego, na trzeci dzień po swojej śmierci, Jezus powstał z martwych. Poniósł całą karę za nasz grzech i śmierć nie mogła już dłużej mieć nad Nim władzy. Ponieważ dopełnił ofiary za winę, ujrzał potomstwo – tym potomstwem jesteśmy my jako Jego Kościół. Wydłuży swe dni – bez końca. Jest zwycięzcą i Panem na wieki wieków.

Problemem ludzi, o których pisał Izajasz, było to, że źle rozumieli powód cierpienia Mesjasza. Dzisiaj raczej niewielu powiedziałoby, że Jezus został ukarany przez Boga za jakieś swoje grzechy. Ale powodu, dla którego On umarł, wciąż bardzo wielu nie rozumie (także wśród ludzi, którzy deklarują, że w Niego wierzą). Niektórzy dzisiaj sądzą, że Jezus był rzeczywiście takim rewolucjonistą, który chciał obalić władzę Rzymu; inni będą mówili ogólnie o jakiejś zawiści i spisku władz (to już bliższe prawdy); jeszcze inni idą krok dalej i mówią, że tak, Jezus umarł dla nas, że było to wyrazem Jego miłości, ale niezbyt potrafiliby wyjaśnić, czemu ta śmierć była potrzebna. Ale nawet jeśli rozumiemy, że Jezus umarł za nasze grzechy, może być tak, że nam to… powszednieje. Że bliżej nam już nie do tych królów, którzy na wieść o Jezusie ze zdumienia zamykają usta (Iz 52:15), tylko do tych, co nie zwracali na Niego uwagi.

Nie możemy nigdy ulegać złudzeniu, że w naszej wierze chodzi o coś ważniejszego niż ukrzyżowany, zmartwychwstały Jezus. Nie ma niczego ważniejszego i nie będzie. To jest punkt startowy bycia chrześcijaninem: jesteś grzesznikiem. Jesteś duchowo i moralnie chory. Sam tego nie naprawisz. Ale Jezus dokonuje tego, co jest poza zasięgiem twoich możliwości. Bierze na swoje konto twoje grzechy i umiera za nie. Za to, jak niewiele dla ciebie znaczy Bóg, który dał ci życie i wszystko, co masz. Za to, że poświęcasz Mu tylko półtorej godziny w tygodniu, albo że w ogóle nie poświęcasz Mu czasu i uwagi. Za to, jaki jesteś naprawdę, nie na zewnątrz, ale w domu, dla swojej rodziny; za to, że traktujesz swoich bliskich tak, że wstydziłbyś się, gdyby ktoś z zewnątrz się o tym dowiedział. Za ból, jaki zadałeś ludziom. Za twoje upadki w sferze seksualności. Za twoje kłamstwa i oszustwa, za egoizm, za cały brud, do którego trudno ci się przyznawać. Jezus wziął to wszystko na siebie, żebyś ty już więcej nie musiał tego dźwigać, żebyś mógł otrzymać Jego status, status człowieka prawego, dobrego, pogodzonego z Bogiem. Żebyś mógł doświadczyć uzdrowienia – przede wszystkim uzdrowienia twojego serca i życia. I jest ono osiągalne nie przez twoje dobre uczynki, ale przez proste, osobiste zaufanie, że Jezus już zrobił wszystko; przez zwrócenie się do Niego z wiarą o ratunek od grzechu i potępienia.

Czy rusza nas to? To pytanie dla każdego, chrześcijanina i niechrześcijanina. Oburza nas w świecie cierpienie niewinnych, używamy go jako argumentu przeciwko Bogu. Ale wiemy przecież, że nikt z nas nie jest tak do końca niewinny. Czy oburza nas i porusza Jego cierpienie – doskonale niewinnego, który ofiarował się za nas, winnych? Czy kiedy widzimy Boga cierpiącego z nami i za nas, czy wciąż możemy zarzucać Mu złośliwość albo obojętność?

Takiego Zbawiciela mamy. Z taką perspektywą Jezus wkraczał do Jerozolimy, w dzień, który nazwano później Niedzielą Palmową: wśród okrzyków uwielbienia, po płaszczach i palmach rozłożonych jak czerwony dywan, a jednocześnie z pełną świadomością, że to On jest Sługą, którego PAN chciał zmiażdżyć cierpieniem – dla naszego ratunku.


  1. Cytaty z Pisma Świętego za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Przekład Ekumeniczny z języków oryginalnych, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 2021.
  • 50 Wpisów
  • 0 Komentarzy
Pastor pomocniczy w Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów EXE w Gdańsku. Absolwent teologii na Wyższym Baptystycznym Seminarium Teologicznym w Warszawie oraz amerykanistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Pasjonat wszystkiego, co związane z Bożym Słowem oraz historią Bożego ludu. Prowadzi służbę Akademickich Spotkań Biblijnych w Trójmieście.