Zastanawiałem się ostatnio co przyciąga nas do Chrystusa. Mógłbym wskazać wiele prawd na temat Zbawiciela, które sprawiają, że chcę go poznawać i mieć z nim więź. Na pewno znalazłaby się na tej liście nieskazitelność jego charakteru. Wskazałbym na jego niezwykłą miłość do grzeszników, na zdumiewające poświęcenie za swoich nieprzyjaciół i bezgraniczne posłuszeństwo Ojcu, które skończyło się śmiercią na krzyżu. Bez wątpienia nie pominąłbym tego, że Jezus Chrystus jest prawdą. Z jego ust nigdy nie wyszło żadne kłamstwo, ani cokolwiek, co mijałoby się z prawdą choćby o włos. Nie mógłbym też zapomnieć o mądrości mojego Pana. On zawsze dokładnie wie, co odpowiedzieć oraz czego potrzebujemy. Gdyby ktoś spytał mnie co mnie przyciąga do Chrystusa, koniecznie musiałbym też opowiedzieć o tym, jak bardzo potrzebuję go jako grzeszny człowiek. Moje życie bardzo daleko odbiega od doskonałego życia Chrystusa. Nie postępuję wobec moich bliźnich tak, jak powinienem. Nie jestem wolny od egoizmu, ani nie mam nieskazitelnego charakteru. Jako grzeszny człowiek w żaden sposób nie mógłbym stanąć przed świętym Bogiem. Byłbym całkowicie zgubiony, gdyby Jezus nie złożył ofiary za mnie.

Nie zawsze jednak przemówienia ewangelizacyjne oraz kazania wskazują na to, o czym napisałem. Jakiś czas temu wysłuchałem kazania, w którym mówca wskazywał przede wszystkim na “wielkie rzeczy”, jakie będą robili ludzie podążający za Jezusem. Podane przez niego przykłady owych wspaniałych rzeczy, dobrze wpisywałyby się w świecką definicję sukcesu. Było wśród nich  na przykład zostanie politykiem lub uznanym muzykiem. Taki sposób prezentowania atrakcyjności Chrystusa stwarza dwa bardzo poważne problemy.

Przede wszystkim jest on przerażającym uprzedmiotowieniem Pana Jezusa. Zapewne mówca nie myślał o tym w ten sposób i daleki jestem od oskarżania go o świadomą instrumentalizację Chrystusa. Jednak kiedy zachęcając do nawiązania relacji ze Zbawicielem kładziemy w pierwszej kolejności nacisk na błogosławieństwa z niej płynące, nieuchronnie czynimy z naszego Pana środek wiodący do spełnionego życia. Co ciekawe dużo łatwiej jest nam dostrzec niewłaściwość instrumentalnego traktowania innych ludzi. Osoba wychodząca za mąż, lub żeniąca się dla pieniędzy, nie zyskuje naszej przychylności. Staranie się o czyjąś przyjaźń ze względu na znajomości tej osoby lub inne zewnętrzne korzyści uchodzi za nieszczere. Jednak wezwanie do poznania Chrystusa umotywowane wielkimi rzeczami, jakie będziemy mogli zrobić razem z nim, przechodzi bez echa. Skoro drugi człowiek jest tak ważny, że powinniśmy go obdarzyć miłością dla niego samego, to tym bardziej nasz Stwórca i Zbawca! Kiedy o tym myślę, przypomina mi się komentarz Dietricha Bonhoeffera do powołania Lewiego (Mk 2,14):

Bezpośrednio po wezwaniu Chrystusa następuje czyn posłusznego wezwanego. Odpowiedzią ucznia nie jest wypowiedzenie wiary w Jezusa, lecz czyn będący wyrazem posłuszeństwa. Jak to możliwe, że wezwanie i posłuszeństwo tak bezpośrednio się zazębiają? (…) Nie próbuje się uzasadnić psychologicznie decyzji człowieka zgodnych z wolą Boga. Dlaczego? Ponieważ istnieje tylko jedno uzasadnienie owej bezpośredniości następstwa wezwania i czynu: sam Jezus Chrystus. To On woła. Dlatego celnik idzie za Nim. [1]

Jezusa Chrystusa nie można zareklamować jako sposobu na udane życie. Pójście za nim nie jest kolejną – choćby i najlepszą – receptą na sukces. Chrystus przychodzi do nas i wzywa nas, żebyśmy podążyli za nim po prostu ze względu na to, kim on jest.

Oczywiście w życiu chrześcijańskim można znaleźć satysfakcję i spełnienie. W Jezusie możemy też znaleźć odpowiedź na wiele naszych problemów. Człowiek nigdy nie znajdzie prawdziwego sensu w życiu bez Boga. Św. Augustyn pisał: “niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”[2], Blaise Pascal nazwał to “pustką na kształt Boga”. Jednak nasz spokój duchowy, poczucie spełnienia i wszelkie inne błogosławieństwa przychodzą, kiedy pójdziemy za Jezusem dla niego samego. Obawiam się też – i tu docieramy do drugiego ze wspomnianych przeze mnie problemów – że “wielkie rzeczy” robione z Jezusem mogą nie być najlepszą reklamą dla chrześcijaństwa. Za zostanie uczniem Chrystusa nieraz trzeba bowiem zapłacić cenę.

Doskonale rozumiał to wspomniany już przeze mnie Dietrich Bonhoeffer. Jako błyskotliwy młody teolog mógł łatwo zrobić karierę w kościele lub na uniwersytecie. Jednak on wybrał stanięcie w proroczej opozycji do środowisk kościelnych i akademickich idących na ustępstwa wobec partii narodowo-socjalistycznej. Jego wierność Chrystusowi doprowadziła go do gestapowskiego więzienia, potem do obozu koncentracyjnego i ostatecznie na szubienicę. Zginął w 1945 roku, mając zaledwie 39 lat i to na dwa tygodnie przed tym dotarciem Amerykanów do miejsca jego stracenia. Dokonał wielkich rzeczy dla Chrystusa, ponieważ pokochał go bardziej, niż wszystko inne na świecie.

Jednak nawet kazanie przedstawiające Chrystusa jako zupełnie godnego naszej miłości byłoby niepełne, gdyby nie zostało w nim powiedziane, że jesteśmy do pokochania Chrystusa absolutnie niezdolni. Możemy przyjść do niego tylko ufając jego niezasłużonej i bezwarunkowej miłości oraz wyznając, że jesteśmy grzeszni i niegodni tej miłości. Tylko on sam może nas uzdolnić do tego, żebyśmy mogli odpowiedzieć na jego wezwanie posłuszeństwem.


[1] Dietrich Bonhoeffer, “Naśladowanie”, Poznań 1997, s. 21.

[2] Św. Augustyn, “Wyznania” I, 1.

  • 9 Posts
  • 0 Comments
Student teologii w Canadian Reformed Theological Seminary. Absolwent hebraistyki w ramach MISH na Uniwersytecie Warszawskim. Miłośnik dobrej książki i dobrej kawy.