Oczekując cudu – otrzymać drogę

W jednej z ostatnich lektur trafiłam na wiersz, który głęboko mnie poruszył. Nie jest mi niestety znany autor tego utworu, myślę jednak, że trafnie opisał on pewną sytuację z życia chrześcijanina, której prawdopodobnie niejeden z nas doświadczył podczas swojej pielgrzymiej drogi.

 Prosiłem, Panie, żebyś mi to zdarzył,

Abym mógł wzrastać w miłości i wierze,

Żebym gorliwiej szukał Twojej twarzy

I łaskę Twoją ogarniał wciąż szerzej.

Czekałem, że w jakąś dobrą godzinę

Ten cud się stanie w jednym oka mgnieniu

I moc Twoja sprawi, że ominę

Wszelkie zasadzki i grzech, i kuszenie.

Dane mi było zamiast tego

Odkryć swą słabość i poznać smak klęski,

Gdy dopuściłeś, aby moce Złego

Przypuściły na mnie atak zwycięski.

Zdawało mi się, że swą własną ręką

Przekreślasz wszystkie moje plany,

Że sam masz udział w mych udrękach,

Że obojętny Ci mój duch złamany…

Dlaczego, Panie, dlaczego? – pytałem,

Te doświadczenia ponad miarę?

– Wiedz to, mój synu, że tak odpowiadam

Na prośbę o większą łaskę i wiarę.

Od zapatrzenia w siebie i od twojej pychy

Uwolnić chciałem naszą więź wzajemną,

Byś mógł się mocniej mnie uchwycić 

I każdy krok następny stawiać ze mną.

 

Czasami odmawiając nam cudu, Bóg ofiaruje nam drogę. Czasami jest to droga cierpienia, czasami droga rozczarowania; czasami droga zwątpienia lub samotności. Odmawiając nam odpowiedzi w takiej formie, o jaką prosimy, Bóg zaprasza nas w niezwykłą podróż, podczas której możemy odkrywać i dowiadywać się coraz więcej o Nim i o nas samych. Choć czasami zdaje nam się, że prowadzi nas ciemną doliną lub przez pustynię, Jego Słowo zapewnia nas, że nie idziemy sami. On jest zawsze blisko, nigdy nas nie opuści, nigdy nie zostawi (Mt 28:20; J 14:18). Chrystus nie tylko idzie z nami, On już tę drogę przeszedł. Dlatego może doskonale z nami współodczuwać (Hbr 4:15). Co więcej, On już zwyciężył, nasze zwycięstwo jest w Nim, choćbyśmy w danej chwili znajdowali się w najciemniejszej dolinie, na najmroczniejszej pustyni. Miłość Ojca jest bowiem zbyt wielka, by dać nam tylko to, o co prosimy. On chce obdarować nas czymś daleko lepszym, dać nam o wiele więcej. On jednak chce nam darować  tylko to, co najlepsze, najważniejsze i najcenniejsze.

Cud nie powstrzymuje nas przed tym, by zapomnieć. Ludzie, którzy tłoczyli się wokół Jezusa oglądając Jego cuda i doświadczając ich, szybko zapominali. Tak szybko, że podburzeni przez arcykapłanów głośno krzyczeli „ukrzyżuj!”. Spoglądając na poranionego Nazarejczyka już nie pamiętali, że to ich wybawca. Droga zaś, którą przeszli apostołowie – doświadczając wraz z Jezusem skwaru dnia, zmęczenia, zniewag i odrzucenia; słuchając Jego słów i będąc świadkami Jego śmierci i zmartwychwstania – zmieniła ich na zawsze. Cud raduje i uwalnia od problemu, ale to przebyta droga dokonuje w nas trwałej przemiany.

Pewien poeta napisał w jednym z wierszy, że „cud chce jak najlepiej, a utrudnia wiarę”. Łatwo bowiem jest wierzyć w dobrego, wszechmogącego Boga, gdy chromy nagle wstaje, niemy zaczyna śpiewać, a do drzwi puka nieznajomy przynosząc akurat taką kwotę pieniędzy, która jest potrzebna do opłacenia rachunków. Dużo trudniej, gdy w ciemną noc nie słychać nic prócz milczenia, a po policzkach spływają łzy, bólem wypalając serce. Dużo łatwiej jest ścielić palmowe gałęzie na drodze podziwianego proroka niż ze ściśniętym sercem wyszeptać drżącymi wargami wierzę nawet wtedy, gdy mówię: jestem bardzo utrapiony.

Chrystus ofiarowując nam drogę i zapraszając do wspólnej podróży, mówi bardzo prosto: pójdź za mną. Nie wysyła nas samych w nieznane, prosi tylko byśmy Go naśladowali. Pójdź za mną – wzywa – zaufaj mi. Zaufaj mi, że to jest ta droga. Być może spodziewałeś się innych widoków podczas wędrówki, uwierz mi jednak, że moje drogi są wyższe i lepsze od twoich. To Ja jestem Przewodnikiem – Drogą, Prawdą i Życiem – złóż we mnie swoją ufność. Zaufaj, że Ciebie przeprowadzę, że Cię zaopatrzę; że Cię nigdy nie opuszczę. Zaufaj mi i chodź, musimy ruszać, nie wolno nam stać w miejscu…

Chrystus poszedł. Najpierw na ziemię, opuszczając swoją niebiańską chwałę. Następnie w znoju i wśród trudności przeszedł zroszoną łzami i bólem judzką i galilejską krainę. Znacząc drogę krwią, ze spokojem poszedł na Golgotę, by później, gdy wypełnił wszystko, udać się do Ojca. On przeszedł swoją drogę. Teraz wzywa nas do naśladowania. Niektórzy chcieliby od razu znaleźć się na odcinku drogi między porankiem zmartwychwstania a przyjęciem w chwale u Ojca. Nie możemy jednak zapominać, że ta droga biegnie najpierw przez bezsenne noce na Górze Oliwnej, Getsemane oraz Kalwarię. Innej drogi nie ma.

Przeto pomyślcie o tym, który od grzeszników zniósł tak wielkie sprzeciwy wobec siebie, abyście nie upadli na duchu, utrudzeni (Hbr 12:3).