Przegadana duchowość, czyli o ewangelikalnym problemie z ciszą

Gdy zjawimy się w jednym z ewangelikalnych zborów kilka minut przed rozpoczęciem się nabożeństwa, niemal na pewno zostaniemy przywitani przez radosny gwar. Wśród wielu dobiegających nas głosów będziemy w stanie usłyszeć słowa entuzjastycznego powitania stęsknionych braci i sióstr, przepełnione troską pytania o zdrowie bliskich lub ożywioną dyskusję nad wydarzeniami z ubiegłego tygodnia. Po zakończeniu nabożeństwa wszyscy zupełnie naturalnie wrócą do pogłębiania relacji, poddając wspólnej refleksji usłyszane kazanie czy kontynuując wcześniej urwane wątki. Kiedy natomiast pojawimy się w jednym z rzymskokatolickich kościołów krótko przed rozpoczęciem się mszy, niemal zawsze spotkamy się z ciszą, nawet jeśli pomieszczenie będzie wypełnione ludźmi – przynajmniej niektórzy z nich wykorzystają ten czas na osobistą modlitwę. Niestety, stałym zwyczajem ogromnej większości wiernych jest milczące opuszczanie budynku kościoła zaraz po zakończeniu mszy, co skutkuje tym, że typowa polska parafia nie słynie z bycia żywą społecznością.

Wobec takiego zestawienia na naszych twarzach pojawia się często mniej lub bardziej delikatny uśmiech triumfu. Odwołujemy się wtedy do – rzecz jasna – prawidłowego przekonania, że prawdziwy zbór czy Kościół musi być wspólnotą wierzących, której członkowie troszczą się o siebie nawzajem, a nie zgrupowaniem przypadkowych osób w ramach pojedynczego wydarzenia o charakterze religijnym. Oczywiście, pozostańmy dumni z wewnętrznego życia, którym – dzięki Bogu – tętnią nasze zbory, podkreślając wartość głębokich relacji między chrześcijanami, zwłaszcza że co rusz wspominają o niej natchnieni autorzy Nowego Testamentu (np. J 13:34-35; Ef 4:1-3; Ga 6:1-10; 1 J 2:7-11, 3:10-24). Doceniając tę część naszej pobożności i samemu ciesząc się jej owocami, z intencją zachowania w niej równowagi chciałbym skłonić nas jednak do zastanowienia się, czy nie ma ona przypadkiem również ujemnych skutków. Jedną z nich jest, jak sądzę, ewangelikalna awersja do ciszy w jej duchowym wymiarze.

Świat i Kościół w głośnym rozchwianiu

Wierzę, że duchowość chrześcijańską powinien cechować zdrowy balans. Nie bez powodu Kohelet, nazwany także Kaznodzieją, jasno stwierdza, że w życiu oddanego Panu człowieka jest miejsce zarówno na mówienie, jak i na milczenie:

Wszystko ma swój czas. Na każdą sprawę pod niebem przychodzi kiedyś pora: Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowy. Jest czas płaczu i czas uśmiechu; jest czas żalu i czas tańca. Jest czas rozrzucania kamieni i czas ich zbierania; jest czas pieszczot i czas rozłąki. Jest czas szukania i czas straty; jest czas gromadzenia i czas wyrzucania. Jest czas rozdzierania i czas zszywania; jest czas milczenia i czas mówienia. (Koh 3:1-71)

Ten świat nie cierpi ciszy. W rzeczywistości, w której należy słono zapłacić za każdą minutę czasu reklamowego, pozwolenie sobie na odrobinę ciszy jest równoznaczne z marnotrawstwem. Czas to pieniądz, ale tylko wtedy, gdy zostanie wypełniony po brzegi możliwie najskuteczniejszymi bodźcami wizualno-słuchowymi, które koniec końców skłonią konsumenta do podjęcia jedynie słusznej decyzji. Nowoczesny świat uważa ciszę za swojego wroga, ponieważ stwarza ona okazję do autorefleksji, a autorefleksja oznacza z kolei częściowe uniezależnienie od zewnętrznych bodźców, za które tak wiele się płaci, oczekując zwrotu w postaci dużo większego zysku. W ciszy człowiek na nowo uzmysławia sobie, czego tak naprawdę potrzebuje, odróżniając swoje autentyczne potrzeby od wmówionych mu zachcianek. Z tego względu w XXI wieku niejedna bogata korporacja uważa za swoją misję nie dopuścić do tego, aby człowiek mógł się kiedykolwiek nudzić.

Obawiam się, że klimat obecnej epoki nie pozostaje bez wpływu na Kościoły ewangelikalne, nie wyłączając nawet ich najbardziej konserwatywnych kręgów, które w kompromisie z kulturą dostrzegają przejaw zwiedzenia. Nierzadko stawiamy trafną diagnozę, że problem z barwną ofertą, którą ten świat przedstawia człowiekowi, tkwi przede wszystkim w jej treści. Ulegamy jednak złudzeniu, że jeśli okrzyk Sex, Drugs and Rock & Roll! zastąpimy głośniejszym okrzykiem Alleluja, amen, chwała Panu!, to udzielimy w ten sposób nie tylko adekwatnej, ale i wyczerpującej odpowiedzi na wyzwanie współczesności. Problem w tym, że jeśli Bóg zechce wtedy przemówić do nas w inny sposób, niż sami uznaliśmy to za stosowne, nie pozwolimy Mu na to. Zastąpienie tzw. złego towarzystwa dobrym towarzystwem i podmienienie co ostrzejszego black metalu na ckliwe piosenki worshipowe nie zda egzaminu, jeśli jedyną płaszczyzną, na której będziemy oczekiwali spotkania z Chrystusem, będzie głośne uzewnętrznianie mniej lub bardziej uporządkowanych myśli przez tych czy tamtych ludzi. W książce pt. Brzemię chwały znany chrześcijański autor, C. S. Lewis, trafnie zauważa, że [ż]yjemy (…) na tym świecie złaknieni samotności, ciszy i intymności, a więc także medytacji i prawdziwej przyjaźni2. Obawiam się, że przy niesprzyjających okolicznościach wielu może czuć się podobnie w Kościele, jeśli ten nie będzie karmił swoich członków w duchowo zbilansowany sposób.

W wyciszeniu modlitwa osiąga prawdziwą głębię

Niemało mówi się dziś o różnicach osobowości między ludźmi. Również wśród chrześcijan jednym z popularnych tematów są testy osobowości, w tym podstawowy podział na introwertyków i ekstrawertyków. Oczywiście, ekstrawertyk zapewne będzie się czuł naturalniej w środowisku kultywującym duchowość, która kieruje nas na zewnątrz, a introwertykowi prawdopodobnie łatwiej będzie się odnaleźć w społeczności, która znajduje więcej miejsca na duchowość skierowaną do wewnątrz. Jakkolwiek predyspozycje osobowościowe odgrywają tu pewną rolę, to problemu duchowości nie da się sprowadzić wyłącznie do nich. Wydaje mi się, że problem jest mimo wszystko głębszy i nie dotyczy tylko subiektywnych preferencji, ale raczej obiektywnie niezdrowej sytuacji, w której duchowe menu Kościołów ewangelikalnych cechuje niezdrowy brak równowagi, ujawniający się w silnej preferencji dla uzewnętrzniania i jednoczesnej niechęci do sięgania wewnątrz.

Na jednej z konferencji, w których uczestniczyłem, pewien wieczór miał być poświęcony modlitwie w ciszy, w ramach której mieliśmy zwrócić się w swoim sercu do Boga, aby Ten pokazał każdemu z uczestników właściwy kierunek, w którym powinny zmierzać jego życie i służba. Kiedy jednak prowadzący sesję zamilkł, zwłaszcza wśród liderów prędko dało się wyczuć dyskomfort wynikający z faktu, że pomieszczenie zaczęła napełniać cisza. Szybko zaczęto więc przygrywać co bardziej sentymentalne nuty, aby wyprzeć niezręczną ciszę z sali. W odbiorze organizatorów była to zapewne próba wykreowania pełnej skupienia atmosfery – po rozmowach ze współuczestnikami wnioskuję, że skupienie w takich warunkach stało się raczej dużo trudniejsze. Co się stało? Zdaje się, że zapomnieliśmy o tym, o czym pisał prorok Jeremiasz:

PAN jest moim działem – mówię to z przekonaniem i w Nim pokładam nadzieję. PAN jest dobry dla tego, kto w Nim pokłada nadzieję, dla duszy, która Go szuka. Dobrze jest czekać w milczeniu na ratunek PANA. (Lm 3:24-26)

Akcentując potrzebę kościelnego aktywizmu, nie czujemy się komfortowo z czekaniem w milczeniu na Boga i Jego decyzję, aby zamanifestować swoją bliskość względem nas. W nadmiarze cielesnych bodźców trudno nam nawet przypomnieć sobie, że w naszym wnętrzu tli się dusza, która miałaby Go szukać. Tymczasem podobne stwierdzenia znajdujemy też w innych tekstach Pisma. W jednym miejscu Psalmista zachęca: Wycisz się przed Panem, oczekuj Go cierpliwie (Ps 37:7), w innym zaś nawołuje: Wyciszcie się! Poznajcie, że Ja jestem Bogiem, Wielkim wśród narodów, Wywyższonym na ziemi! (Ps 46:11).

Wierzę, że gdybyśmy pozwolili sobie na wyciszenie, o którym tu czytamy, nasza modlitwa mogłaby osiągnąć dużo większą głębię niż do tej pory. Co ciekawe, autor Psalmu 46 wiąże wyciszenie z poznaniem Boga. Rzeczywiście, przeżycia wielu pobożnych chrześcijan zdają się pokazywać, że to właśnie w tym stanie nasz umysł, rozpalony siłą modlitwy, zaczyna kontemplować Bożą wielkość w sposób nieosiągalny dla niego wtedy, gdy czuje się przytłoczony nadmiarem wrażeń zmysłowych. Niekiedy człowiek rozkoszując się wspaniałością tego, co oglądać można jedynie oczyma wiary, nie jest w stanie wydobyć z siebie nawet słowa. I jakkolwiek mocno nie byłby rozpowszechniony wśród nas mit, że modlitwa bez głośno wypowiadanych słów jest mniej wartościowa, wciąż możemy wziąć przykład z Anny, która, choć długo modliła się przed Panem, to mówiła z serca, ledwie drżały jej wargi, nie wydawała głosu (1 Sm 1:12-13). Niezwykle uwalniająca jest wiedza, że o wartości naszej modlitwy nie stanowi to, czy jest głośna czy cicha. Z doświadczenia wiem jednak, że o ile często głośna modlitwa pozostaje jedynie na moich ustach, to właśnie cicha modlitwa może docierać głębiej, do samego serca, aby stamtąd wznieść się wraz z zachwytem ku Bogu, który je stworzył.

Dopóki nie zamilkniesz, nie usłyszysz Boga

Chociaż cisza jest jednym z istotnych elementów atmosfery umożliwiającej silniejsze zaangażowanie w modlitwę, nie jest to jej jedyna funkcja. Ludzkie milczenie wiązane jest niekiedy w Piśmie z postawą uważnego słuchania, w której otwieramy się na Boży głos:

Następnie Mojżesz wraz z kapłanami Lewitami przemówił do całego Izraela tymi słowy: Zamilknij i słuchaj, Izraelu! W dniu dzisiejszym stałeś się ludem PANA, twojego Boga! Dlatego słuchaj głosu PANA, twojego Boga, spełniaj Jego przykazania i ustawy, które ja ci dzisiaj nadaję. (Pwt 27:9-10)

Kiedy nasze usta są zamknięte, Bóg może zacząć przemawiać. Dopóki pozostają otwarte, możemy stracić szansę na usłyszenie skierowanego do nas Słowa. W czasie wspólnych zgromadzeń Boży lud wsłuchuje się przede wszystkim w Słowo czytane i zwiastowane. Jednak Stwórca przemawia do swoich stworzeń w jeszcze inny sposób – poprzez sumienie, w którego głos możemy wsłuchać się, sięgając wewnątrz siebie. Odosobnienie sprzyja oczywiście takiej praktyce, podobnie jak towarzystwo ciszy. Co ciekawe, w Biblii zachowanie milczenia niejednokrotnie powiązane jest z motywami nadchodzącego Bożego sądu i nawrócenia ze swoich grzechów. Przykładowo, prorok Sofoniasz nakazuje Izraelowi: Milczcie przed obliczem Wszechmocnego PANA, gdyż bliski jest dzień PANA! (So 1:7a). Tymczasem Izajasz przemawia w imieniu Boga, zwracając się do ludu z wyrzutem: Opamiętanie się i spokój przyniesie wam ratunek, w ciszy i zaufaniu będzie wasza siła — lecz nie chcieliście tego! (Iz 30:15b). Podobnie poleca Psalmista: Lepiej drżyjcie! Nie grzeszcie! Opamiętajcie się z głębi serca, gdy na posłaniach leżycie — i zamilczcie! (Ps 4:4a). Z kolei Habakuk wyraźnie stwierdza: PAN natomiast przebywa w swoim świętym przybytku. Umilknij przed Nim, cała ziemio! (Ha 2:20). W końcu, zgodnie ze świadectwem Pawła, jednym z celów Prawa Bożego jest to, aby wszystkim zamknąć usta i cały świat pociągnąć do odpowiedzialności przed Bogiem (Rz 3:19b).

Ten sam Apostoł nawołuje nas do przyjrzenia się samym sobie, do osądzenia samych siebie i do poddawania samych siebie próbie (1 Kor 11:28-32; 2 Kor 13:5). Krótko mówiąc, namawia nas do wsłuchania się w głos sumienia, przez które Najwyższy kieruje do nas swoje korygujące Słowo. Ale to nie wszystko – autor jednego z Psalmów wie, że sumienie jest przestrzenią spotkania człowieka z wszechwiedzącym Bogiem:

Badaj mnie, Boże, i poznaj me serce, Doświadcz — i poznaj rozterki. Zobacz, czy nie ma we mnie czegoś, co Cię rani, I prowadź drogą wypróbowaną od wieków! (Ps 139:23-24)

Poprzez wnikliwe poznanie swojego serca człowiek kładzie fundament pod szczere nawrócenie ku Panu, a zarazem skuteczne odwrócenie od grzechu. Gdy jednak z uwagą przeszukuje zakamarki swojej duszy, poddając analizie swoje pragnienia i myśli, nie jest to wyłącznie jego usilnym staraniem, ale łaskawym dziełem Boga, który na gruncie sumienia spotyka się z człowiekiem, aby wyjawić mu prawdę o nim samym (Ps 26:2). On zna nas dużo lepiej niż my samych siebie, dlatego – jeśli zechcemy słuchać – może objawić nam, jaki jest rzeczywisty stan naszej duszy (Ps 139:1-6.13-16; Rz 8:27; 1 J 3:20).

Jakkolwiek zewnętrzna cisza umożliwia uzyskanie przejrzystego umysłu, dzięki któremu samopoznanie wydaje się być łatwiejsze, to nie gwarantuje nam powodzenia, jeśli nie będzie im towarzyszyć wyciszenie, które jest sprawą naszego wnętrza. Czym właściwie jest wyciszenie, o którym tu mowa? Jan Klimak, mnich żyjący na przełomie VI i VII wieku, spróbował zdefiniować je w taki sposób w dziele pt. Drabina raju:

Wyciszenie ciała jest stanem uporządkowania zachowań oraz odpowiadających im odczuć. Wyciszenie duszy zaś to opanowanie myśli i niezmienna straż umysłu.3

Cisza pojmowana jako zwyczajne ustanie wszelkich dźwięków to jedynie początek, zaledwie wprowadzenie na drogę do wyciszenia. W rozumieniu przywołanego autora celem jest wyciszenie zarówno ciała, jak i duszy, w obu przypadkach związane z odzyskaniem kontroli nad sobą – nie tylko nad tym, co robimy, ale także nad tym, co czujemy i myślimy. Dzięki rosnącej czujności stajemy się coraz bardziej świadomi, jaka jest prawdziwa przyczyna naszych grzechów. Kiedy doświadczamy pokusy, w naszym wnętrzu kiełkuje grzeszny impuls, który – jeśli mu pozwolimy – przeobrazi się w grzeszną myśl, która z kolei może zdominować nasz umysł, a w konsekwencji ujarzmić także wolę i uzewnętrznić się w złym słowie lub czynie (Rdz 4:7; Jk 1:14-15). Wewnętrzne wyciszenie umożliwia nam uważną obserwację tego, co dzieje się w naszym sercu, aby z Bożą pomocą niszczyć w zalążku wszystko to, co próbuje się w nim zakorzenić, a nie podoba się dobremu Bogu.

To właśnie w ciszy spotykamy się z Bożym Sacrum

W moich rozmowach z innymi wierzącymi powraca niekiedy ten sam temat – niejeden z nas doświadcza mglistego poczucia, iż w wielu naszych zborach utraciliśmy coś, czego nigdy nie powinniśmy utracić, a co – zdając sobie sprawę z ograniczoności mojego słownictwa – opisałbym jako pełen uroczystej bojaźni zachwyt nad pięknem Bożego majestatu. Jeżeli natomiast wykazalibyśmy się pewną tolerancją dla uproszczeń, być może udałoby się zdefiniować to przy użyciu tylko dwóch, ale za to wielce pojemnych dwóch słów – Boże Sacrum. Niejeden chrześcijanin zdaje się odczuwać problem z doświadczeniem Bożej obecności w sposób, który nie sprowadzałby się jedynie do emocjonalnych uniesień, odartych zarówno z Tajemnicy, jak i Głębi. Obawiam się, że może być temu winne pozbawienie ciszy jej właściwego miejsca w duchowości nie tylko jednostki, ale i wspólnoty. Dostrzegł to też jeden z bohaterów powieści Perelandra, która wyszła spod pióra C. S. Lewisa, którego pozwolę sobie zacytować już po raz drugi:

Osiągnięcie prawdziwej ciszy wewnętrznej nie jest dla człowieka łatwe. Wiecznie gadatliwa część naszej jaźni nie milknie nawet w najświętszych miejscach.4

I tak, nawet podczas niedzielnego nabożeństwa, gdy – jak wierzę – stoimy przed Bożym tronem, ani na moment nie milkniemy, dręczeni psychicznym przymusem wypełnienia każdej chwili dźwiękiem. Oczywiście, radosny śpiew i głośna modlitwa nigdy nie powinny zostać przez Kościół zapomniane (Ps 77:2, 98:4-6; Jl 1:14). Pozostaje jednak pytanie – czy wystarczy, by pamiętał tylko o nich? O ile za cenną należy uważać każdą minutę nabożeństwa, w żadnym razie nie oznacza to, że każda minuta milczenia jest w tej sytuacji marnotrawstwem. Wręcz przeciwnie! Podczas gdy przez większość wspólnie spędzonego czasu sięgamy ku niebu wśród odgłosów muzyki i tak wielu wypowiadanych słów, cisza może stać się czasem, w którym to niebo zstępuje ku nam, w wyciszeniu znajdując drogę do naszych wnętrz – niezależnie od naszych wysiłków, eksponując przy tym Bożą łaskawość.

Od dawna zadziwia mnie epizod z życia Eliasza, kiedy Bóg decyduje spotkać się z nim na górze Horeb. Ten, który objawił się Izraelowi pośród huku błyskawic, brzmienia trąb i trzęsienia ziemi (Wj 19:16-19), postanowił wybrać absolutnie odmienny sposób objawienia się swojemu prorokowi:

Eliasz wstał, posilił się plackiem, napił się wody i tak posilony szedł przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, aż dotarł do Góry Bożej, do Horebu. Tam wszedł do jaskini, aby przenocować. Wtedy jednak doszło go Słowo PANA: Co tu robisz, Eliaszu? Żarliwie obstawałem przy PANU, Bogu Zastępów — odpowiedział — dlatego, że Izraelici porzucili przymierze z Tobą. Poburzyli Twoje ołtarze, wybili mieczem Twoich proroków i zostałem ja sam, ale mnie także chcą pozbawić życia. Wówczas Eliasz usłyszał: Wyjdź i stań na górze przed PANEM. A oto przechodził PAN! Przed PANEM dął wiatr, silny, porywisty, poruszał góry, odrywał kawałki skał — lecz nie w tym wietrze był PAN. Po wietrze zatrzęsła się ziemia — lecz nie w tym trzęsieniu był PAN. Następnie wystrzelił ogień — lecz nie w tym ogniu był PAN. Po ogniu zaległa cisza, zaszemrał cichy szept. Gdy Eliasz to usłyszał, otulił płaszczem twarz, wyszedł i stanął u wejścia do jaskini. Wtedy doszedł go głos: Co tu robisz, Eliaszu? (1 Krl 19:8-13)

Z jednej strony zmęczony, udręczony i samotny, a z drugiej wyciszony na skutek czterdziestodobowego marszu – właśnie taki był Eliasz, kiedy nocował w jaskini Świętej Góry. Tymczasem Wszechmocny, jakby wrażliwie dostosowując się do stanu jego duszy, ukazuje mu się nie w sile wiatru, nie w mocy trzęsienia ziemi i nie w potędze ognia, lecz przyodziany w kojącą ciszę. Ta, wbrew pozorom, wydaje się nie tyle ukrywać Bożą tożsamość, co odsłaniać ją skuteczniej, niż mogłoby to uczynić cokolwiek innego. Eliaszowe spotkanie z Bożym Sacrum, które nie przestaje poruszać kolejnych czytelników jego historii, może stać się inspiracją dla Kościoła, aby otworzyć się na Bożą obecność, która czeka, aby się nam ujawnić, gdy tylko umilkną nasze instrumenty i głosy.

Trudno pominąć fakt, że cisza pozostaje intrygującym motywem Apokalipsy Jana, przez wielu nazywanej Księgą Objawienia:

Gdy Baranek otworzył siódmą pieczęć, na około pół godziny zaległa w niebie cisza. Zobaczyłem siedmiu aniołów. Stali przed Bogiem. Dano im siedem trąb. Przyszedł też inny anioł. Miał ze sobą złotą kadzielnicę i zajął miejsce przy ołtarzu. Dano mu wiele kadzidła, aby wraz z modlitwami wszystkich świętych złożył je na złotym ołtarzu, stojącym przed tronem. Kiedy to uczynił, wzniósł się przed Bogiem dym kadzideł oraz modlitw świętych. (Ap 8:1-4)

Niezależnie od tego, co dokładnie kryje się za symbolami, które co rusz napotykamy w tej księdze biblijnej, z żywego opisu tego, co odbywa się w niebie, bije jedno – pełna nabożnej czci harmonia w działaniach wszystkich jego mieszkańców. W centrum zawsze znajduje się sam Bóg, któremu chwałę i cześć nieustannie oddają wszelkie istoty dopuszczone do cieszenia się Jego obliczem, robiąc to jednak we właściwym momencie i przy użyciu odpowiednich środków. Jak się okazuje, pośród dźwięków trąb i głosów modlitw świętych znajduje się mimo wszystko miejsce na to, aby na około pół godziny zaległa w niebie cisza. Jeżeli zatem święta cisza figuruje w harmonogramie niebiańskiego uwielbienia Baranka w Jego Świątyni, to czy mogłoby jej zabraknąć w programie ziemskiego uwielbienia Baranka w Jego Kościele, skoro stanowi drugie stanowi odbicie i przedsmak pierwszego? Jeśli Boże Sacrum uobecnia się w ciszy podczas wiecznego nabożeństwa Kościoła triumfującego, to czy miałoby nie uobecniać się w ten sam sposób podczas niedzielnego nabożeństwa Kościoła pielgrzymującego?

Odkryć ciszę na nowo, czyli pełne nadziei zakończenie

Niniejszy tekst nie jest wyrazem pragnienia, by wywrócić nasz świat do góry nogami, przynajmniej nie w negatywnym znaczeniu tej frazy. Stanowi raczej postulat, abyśmy jako ewangelikalni chrześcijanie pogłębili (zgadza się, nie poszerzyli) nasze duchowe horyzonty. Celem mojej propozycji nie jest podtrzymywanie w nas ciągłego głodu za nowinkami, które nigdy nie mogą go zaspokoić. Mój zamysł polega przede wszystkim na próbie ukazania nam świeżej perspektywy na to, jak ty i ja możemy doświadczyć całym sobą starego, ale nigdy nie przestarzałego piękna Bożej obecności, aby to w niej nasze niespokojne serca mogły znaleźć ostateczne spełnienie.

Marzy mi się, aby wbrew dzisiejszemu światu i współczesnej kulturze nasze Kościoły na nowo mogły odkryć skarb, jakim jest cisza, zarówno ta zewnętrzna, jak i ta wewnętrzna. Chciałbym ujrzeć siostry i braci, którzy w równowadze potrafią czerpać nie tylko z bogactwa duchowości ekstraspektywnej, ale także introspektywnej. Pragnę widzieć wierzących, którzy dostrzegają w milczeniu wspaniałą okazję do zachwytu podczas przyglądania się twarzy ich Pana, nie przyczynę męczącego ich poczucia dyskomfortu. Z tego powodu starałem się zarysować, jakie trzy funkcje może pełnić cisza nie tylko w życiu pojedynczego chrześcijanina, ale i w życiu całego zboru:

  • Po pierwsze, cisza może uczynić naszą modlitwę dużo głębszą, niż moglibyśmy sobie to wyobrazić, przynosząc świadomość obecności Pana do naszego wnętrza i wyprowadzając z niego uwielbienie.
  • Po drugie, zewnętrzna cisza może doprowadzić nas do wewnętrznego wyciszenia, a więc do szczególnego stanu umysłu, w którym wnikliwe badanie swojego serca może zrodzić owoce w postaci oczyszczenia sumienia, większej czujności duchowej i zwycięstwa nad grzechem u samych jego korzeni.
  • Po trzecie, cisza może stać się tym środowiskiem, w którym jako zbór doświadczymy rzeczywistości Bożym Sacrum na gruncie dużo mniej powierzchownym niż ten, na którym spotkalibyśmy się z Nim, polegając jedynie na naszej aktywności.

Mój artykuł zakończę nietypowo, odwołując się do starożytnej pieśni chrześcijańskiej, której od lat słucham w czasie świąt Bożego Narodzenia – jej angielski tytuł brzmi: Let All Mortal Flesh Keep Silence, a więc w polskim tłumaczeniu: Niech zamilknie wszelkie ciało. W tytule znajdujemy nawiązanie do jednego z wersetów Księgi Zachariasza: Umilknij przed PANEM, wszelkie ciało, gdyż powstał ze swej świętej siedziby (Za 2:13). Artysta chrześcijański przedstawiający się jako Full of Eyes stworzył zapierającą dech w piersiach animację, która jest jej wizualną interpretacją5. Gorąco namawiam czytelników do jej uważnego obejrzenia oraz wsłuchania się w tekst utworu opisującego doniosłość Wcielenia, kiedy to nieskończony Bóg postanowił stać się skończonym człowiekiem:

Poniżej zamieszczam natomiast przekład tekstu pieśni na język polski, dziękując za jego dokonanie Filipowi Keglowi – jednemu z redaktorów portalu Należeć Do Jezusa:

Niech zamilknie wszelkie ciało,
Niech w bojaźni, drżeniu trwa;
Oby serc nie obciążało
Brzemię trosk i ziemskich spraw.
Chrystus Pan zstępuje z nieba,
Przyjąć hołd od wszystkich nas.

Królów Król, a stał się sługą,
Ponieść Ojca słuszny gniew;
Władca, a zrodzony z Marii,
Przyjął ciało oraz krew;
Da grzesznikom życia pokarm –
Mannę nową, z nieba chleb.

Pułk po pułku hufce niebios
Wyśpiewują chwałę, cześć,
Gdy zstępuje Światłość świata,
Udręczonym pokój nieść.
On zakończy śmierci rządy,
Wreszcie złu położy kres.

U stóp Jego serafini
Nie śmią podnieść wzroku Nań;
Pełni lęku, zachwycenia,
Ogłaszają wszystkim nam:
“Alleluja, alleluja,
Oto sam najwyższy Pan!”

Drodzy Czytelnicy – mam nadzieję, że ułomność mojego języka, o której istnieniu boleśnie się przekonywałem, próbując opisać przy pomocy słów, czym jest dla mnie Boże Sacrum, zostanie w Waszym odbiorze uzupełniona dzięki powyższej pieśni z animacją. Następnie całym sercem zachęcam do przeżycia jej właśnie w ciszy, co będzie stanowiło adekwatne podsumowanie mojego tekstu, a zarazem najlepszy sposób na wcielenie go w życie.


  1. Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza. Przekład z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, Poznań 2016; wszystkie ustępy biblijne przytaczane są właśnie w tym tłumaczeniu.
  2. C. S. Lewis, Brzemię chwały, red. D. Bakalarz, I. Turowicz, Warszawa 2012, s. 179
  3. Jan Klimak, Drabina do raju 27, w: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, red. J. Naumowicz, Kraków 2012, s. 206.
  4. C. S. Lewis, Perelandra, w: tegoż, Trylogia kosmiczna, tłum. A. Polkowski, Poznań 2009, s. 298.
  5. Let All Mortal Flesh Keep Silence – An Animation, Full of Eyes, 14.12.2017 r., online: link (dostęp: 15.01.2023 r.).
  • 26 Wpisów
  • 0 Komentarzy
Absolwent filologii klasycznej oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, a także absolwent teologii na Wyższym Baptystycznym Seminarium Teologicznym, kontynuujący naukę na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Wikariusz w I Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie, zainteresowany szczególnie biblistyką, patrystyką i apologetyką protestancką. Uważa, że tylko konsekwentne życie w świetle paradoksu chwały krzyża jest godne przeżycia.