7 lat wiary i dojrzewania (cz. I)

Początek lata zawsze ma dla mnie pewien wyjątkowy urok. I nie chodzi tu nawet o koniec sesji czy rozpoczęcie wakacji. To właśnie wtedy, 7 lat temu, do mojego życia zakradł się Bóg.

Uczynił to bardzo subtelnie, po prostu ożywiając w moich oczach tekst Biblii –  Księgi ksiąg. Tak w wyniku prostej (i bez świadomości konsekwencji) modlitwy natchnione wersety od tamtego wieczoru nie przestawały intrygować, przekonywać i zachwycać. Wszystkie one pośrednio lub bezpośrednio wskazywały zaś na jedną Osobę – Jezusa Chrystusa. Nic toteż dziwnego, że obok czytania ze zrozumieniem zaczęło wtedy powoli kwitnąć obce mi dotychczas życie modlitewne. Tak właśnie zaczęło się moje “życie w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie” (List do Galacjan 2, 20). Kiedy rok później przyjmowałem Chrzest, moje serce było już całkowicie zdobyte przez Pana.

Patrząc wstecz, aż chciałoby się westchnąć: “Ach, Boże, ile to już razem przeżyliśmy”. I rzeczywiście, 7 “wiosen” to niebagatelny okres – choć przecież i tak całkiem nieporównywalny do 40 czy nawet 60 lat, którymi mogą poszczycić się starsi chrześcijanie. Niemniej jednak, ten czas był zdecydowanie wyjątkowy nie ze względu na długość, ale na kontekst; przypadał bowiem na czas mojego dojrzewania. Dziś mam już prawie 21 lat, a zatem pora mojego dorastania właściwie się kończy (a szkoda, bo urosłem zdecydowanie za mało!). Tylko intelektualny rozwój mam wciąż nadzieję kontynuować. Zaś przyszłość… niesie już zupełnie nowe wyzwania.

Dlaczego jednak o tym piszę? Ponieważ jestem przekonany, że przeżycie całego, tak burzliwego przecież, okresu dojrzewania pod słońcem wiary pozwala wyciągnąć pewne wnioski, które mogą Tobie – młody Czytelniku – przydać się na Twojej drodze ku dorosłości. W tym wpisie chciałbym po prostu podzielić się tym, w jaki sposób Chrystus odcisnął się pozytywnie na moim życiu. Być może będzie to dla Ciebie zachętą do przylgnięcia do Niego bliżej, być może natchnie Cię też choć trochę, by dostrzec że Bóg prawdziwie jest najlepszym Przewodnikiem ku dojrzałości i nikt tak jak On nie przeprowadza przez burze nastoletniego wieku. A ponieważ chrześcijańskich lat było 7 – ogólnych wniosków również będzie tyle.

  1. Chrystus unicestwia nudę. 

Nuda – to autentyczna bolączka świata pełnego podniet i atrakcji. To ciekawe, że pojawia się nie tam gdzie brakuje rozrywek, ale tam gdzie się ich pożąda; gdzie stają się one podstawowym składnikiem codziennego menu. Jest duchowym sygnałem wygłodzenia, któremu nie mogą zaradzić choćby i tony “śmieciowego jedzenia” (tzw. “junk food”) w postaci kolejnych dawek doznań. Można by wręcz powiedzieć, że nuda i rozrywka są dwiema stronami tej samej monety, którą jest brak sensu życia. A jeśli te drzwi są zatrzaśnięte, pojawia się duchowa choroba, na którą cierpi dziś ogromna ilość zwłaszcza młodych ludzi. Jej paroksyzmem jest rozpacz, zaś bardziej przewlekłą formą – właśnie nuda, siostra rozpaczy.

Jak to się ma do Boga? Widzisz, Chrystus jest Drogą – właśnie tam, gdzie zagubiony nastolatek widzi tylko porośnięte chwastami przyjemności bezdroża. W moim życiu nudziłem się głównie przed nawróceniem – a później już tylko w sytuacjach, w których sam przez własną głupotę schodziłem z tej Drogi. Powrót na Nią natychmiast rozpędzał piętrzące się chmury znużenia; życie znowu stawało się tak bardzo pełne możliwości, których mogę się podjąć, dobrych i pożytecznych rzeczy które mogę zrobić.

“Oto idą dni – mówi Wszechmogący Pan – że ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz słuchania słów Pana. I wlec się będą od morza do morza, i tułać się z północy na wschód, szukając słowa Pana, lecz nie znajdą. W owym dniu mdleć będą z pragnienia piękne panny i młodzieńcy” (Księga Amosa 8, 11-13) – czy to nie zaskakujące, jak trafnie fragment ten obrazuje problem nudy, z powodu której “omdlewają z [duchowego] pragnienia piękne panny i młodzieńcy”? Pamiętajmy jednak też o diagnozie, którą stawia Słowo Boże – potrzebujemy właśnie Jego treści, nie zaś sztucznych substytutów!

  1. Chrystus rozbudza ciekawość świata.

Wyobraźcie sobie ogromnych rozmiarów bibliotekę, w której aż po horyzont rozciągają się półki pełne książek. Każda zapełniona jest tekstem, który tylko czeka na przeczytanie. Co nam jednak po tak pięknym księgozbiorze, jeśli nie umiemy czytać? Ciągi liter, które normalnie ułożyłyby się w przesiąknięte treścią wywody, teraz zioną milczeniem i przypadkowością. Świat jest jak ta biblioteka; cały pełen jest prawd i znaczeń, które tylko czekają na odkrycie i przyswojenie. Nie przypadkiem istnieje dziś tak wiele dziedzin nauki; rzeczywistość jest szalenie złożona i fascynująca.

Zdrowym instynktem każdego młodego człowieka jest natomiast chęć zapuszczenia się z pochodnią w ręku w podróż po zakamarkach gmachu i odkrycie wyjątkowo fascynujących pozycji. Na początku konieczna jest jednak nauka czytania – umiejętności wychwytywania sensu z pozornie bezładnych znaków. Inaczej szybko grozi nam porzucenie poznawczych wysiłków na rzecz odprężenia się przy ognisku, w którym palą się bezużyteczne stosy papieru, zaś nawet szczera i uczciwa próba przejrzenia tajemnic tekstów będzie musiała skończyć się zniechęceniem i zwątpieniem w ich rzeczywiste znaczenie.

Jest coś szalenie znaczącego w tym, że Bóg nie pozostał obojętny względem ludzkiej kultury, ale w radykalny sposób do niej wkroczył, wyrażając się za jej pośrednictwem. Tak właśnie powstało Pismo Święte – słowo pośrednio powstałe dzięki cywilizacyjnemu wprowadzeniu pisma i głęboko wrośnięte w ówczesne formy przekazu, niemniej jednak natchnione przez samego Boga. Cud Wcielenia nie ogranicza się bowiem do przyjęcia ludzkiego ciała, ale także ludzkiego ducha; tego, który tworzy kulturę oraz świat niematerialnej wiedzy.

Jaki z tego pożytek dla młodego człowieka, który rozpoczyna zwiedzanie biblioteki świata? Nie tylko ten, że żarliwie studiując Pismo, nauczysz się bogatego i podniosłego języka. Otóż zdobędziesz umiejętność, która pięknie zwie się “czytaniem między wierszami”; czyli zaczniesz dostrzegać sens tam, gdzie nie jest on na pierwszy rzut oka widoczny. Będziesz umiał naprawdę czytać; bo Księga ksiąg wpoi w Ciebie przekonanie, że prawdę rzeczywiście można poznawać, a świat nie jest odstraszającym w swojej złożoności ciągiem enigmatycznych hieroglifów. Co więcej, chrześcijańska wizja świata dostarcza wspaniałych ram do rozumienia szerokiej gamy zjawisk i mechanizmów, zaś podstawowe doktryny ewangeliczne tak często okazują się być zaskakująco trafnym kluczem do pojęcia natury człowieka, o której opowiada psychologia, socjologia, antropologia, historia… A gdy tylko odkryjesz, że “Syn Boży przyszedł i dał nam rozum, abyśmy poznali Tego, który jest prawdziwy” (I List Jana 5, 20), rozkochasz się w wycieczkach pośród rzędów półek! Jako stały (choć wciąż jeszcze daleki od obeznania) bywalec biblioteki świata – gwarantuję Ci to.

  1. Chrystus poskramia pożądanie.

Jednym z najgłębszych problemów dojrzewania jest budząca się seksualność. Sigmund Freud odmalował tajemnice psychiki człowieka w bardzo ponurych obrazach, na których z głębin nieświadomości wynurzają się potężne popędy z seksualnym (tzw. “libido”) na czele i one miotają niemalże bezradną jednostką. I choć pesymizm Freuda budzi dziś sceptycyzm psychologów oraz jest odrzucany przez niepoprawnie optymistyczny świat, niektóre z jego tez wydają się być całkiem trafne przynajmniej w odniesieniu do nastolatka. Popędy rzeczywiście dają o sobie znać i potrafią bardzo łatwo popchnąć ku przeróżnym rodzajom destrukcyjnych zachowań. Jeśli zaś chodzi o seksualność, dzisiejszy świat jest prawdziwym polem minowym; od oglądania pornografii dzieli nas tylko kilka kliknięć, a onanizm… cóż, jest na wyciągnięcie ręki. Ciężką próbą jest również każda zażyła relacja damsko-męska. Właściwie można by rzec, że surowe normy w kwestii czystości jeszcze nigdy nie wydawały się tak nieosiągalne.

Młody Czytelniku, być może w tym miejscu zastanawiasz się czy przypadkiem czasem nie zwalczam problemu, który sam stworzyłem. Wszak rzekomy “problem z pożądaniem” ma tylko ten, kto uważa je za złe; niechrześcijanin natomiast może hasać do woli, i to bez dyskomfortu, zapewnianego przez wyrzuty sumienia. Niestety, jest inaczej; seksualność jest zbyt wrażliwą konstrukcją naszej psychiki, by być traktowana jako kolejna zabawka. Oglądanie pornografii w fatalny sposób odbija się na zdolności do nawiązywania relacji z drugą płcią i demoluje wyobraźnię, zaś folgowanie swoim pragnieniom w bliskich relacjach sprawia, że seksualność wkracza w dorosłość dźwigając obciążenia minionych doświadczeń – jej kształt już został uformowany w ogniu niestabilnych więzi, co nie sprzyja budowaniu tej stałej. Tym konsekwencjom podlega każdy.

Czy Bóg może jakkolwiek w tym pomóc? Przecież – jak powiedziałoby wielu – libido musi znaleźć ujście! Nikt temu nie przeczy; ale nie oznacza to popełniania żadnego z grzesznych czynów. Nasz organizm zawiera naturalne sposoby regulowania kłopotliwego napięcia. A ten sam internet, który jest areną upadku niezliczonych ilości ludzi, zawiera także świadectwa tych, którzy nawracając się zostali uwolnieni od nałogu pornografii. Wystarczy poszukać.

Ja natomiast po prostu wiem, że Chrystus poskramia pożądanie. Że da się normalnie żyć bez żadnego z niszczących uzależnień. Mówię o tym tylko dlatego, by pokazać, że w Bogu można – że żaden człowiek nie jest skazany na grzeszenie. Z pewnością w dużej części wynika to z prawdziwie purytańskiego wychowania zapewnionego przez rodziców, lecz przecież także i to wychowanie jest ściśle chrześcijańskie w duchu. A zatem jego źródło tryska u stóp Pana – “Tego, który przyszedł zniszczyć dzieła diabelskie” (I List Jana 3,8). Chodzi tutaj jednak także i o coś więcej – Chrystus jest najlepszym zwycięzcą żądzy, ponieważ najtrafniej diagnozuje jej źródło; starannie ukryte w samych głębinach ludzkiego serca, gdzie pożądliwe spojrzenie po kryjomu wrasta w glebę wyobraźni. Spośród wszystkich koncepcji dotyczących czystości, to właśnie nauczanie Jezusa uderza wystarczająco głęboko, by obnażyć korzeń zła. Wszystkie półśrodki nie będą tu wystarczające – jeśli pozwolimy pożądliwemu ładunkowi bez przeszkód gromadzić się w myślach, rzeczywiście nie będziemy w stanie potem położyć mu tamy. Bo wola bez wsparcia uczuć i myśli jest niczym, a stawiając czoła podobnemu do mitycznego potwora libido lepiej korzystać z rad Boskiego poskramiacza bestii.

Jak się masz, Czytelniku? Czy nadążasz? Ten wpis już teraz nabrał objętości, a zostały przecież jeszcze aż cztery punkty… No cóż – następnym razem!