Koło czy oś? Chrześcijańska filozofia czasu (cz. II)

W poprzednim artykule starałem się przedstawić istotę oraz konsekwencje cyklicznego postrzegania czasu a także zarysować jego związek z chrześcijańską wizją historii. Warto jednak przyjrzeć się także drugiej stronie medalu.

…Ostatnia to już godzina

Koncepcja czasu linearnego jest chyba dużo bliższa dzisiejszemu człowiekowi. W jej ramach historię daje się rozrysować na znanej nam jeszcze ze szkoły podstawowej osi czasu; wydarzenia z każdym dniem wchodzą w nową fazę, zostawiając przeszłość w tyle. Historia jest wartkim potokiem wydarzeń, które następują jedne po drugich; bez powtórek. “Raz się żyje”, “Carpe diem” – to właśnie świadomość czasu linearnego. Mało tego; myślimy liniowo, ilekroć nazywamy kolejny rok większą liczbą!

Intuicji linearnej sprzyja przy tym bardzo wiele elementów dzisiejszej zsekularyzowanej kultury.  Łatwo nam dziś wierzyć w postęp, nietrudno powtarzać, że czasy się zmieniły. Unieważniamy przeszłość jako arenę porażki człowieka a spełnienia wielkich nadziei oczekujemy w przyszłości. To właśnie na linearyzmie zasadzają się wszystkie rewolucyjne ideologie nowoczesnego świata, który opuścił królestwo Tradycji. Sztandarowym przykładem jest tu Karl Marks i jego materialistyczna wizja dziejów zmierzających prostą drogą do apokaliptycznej rewolucji i zwycięstwa proletariatu. Według Marksa, urzeczywistnienie zasady równości pozwoli na opuszczenie upadłej i skorumpowanej przez kapitalizm rzeczywistości; ludzkość przez pożogę i śmiertelny bój dotrze do spełnienia swojego przeznaczenia. Liniową narrację podtrzymują dziś duchowi spadkobiercy ojca komunizmu, ale także i ideologowie ruchów emancypacyjnych, prorocy sekularyzmu bądź zwolennicy liberalnej demokracji. Wszyscy oni – niczym odległe echo oświeceniowego filozofa Nicolasa de Condorcet – opowiadają o nieustającym marszu sił postępu ioświecenia, który prostą drogą wiedzie ludzkość ku ostatecznemu urzeczywistnieniu pełnej wolności, śmierci Boga i końca historii.

Nie Oświeceniu zawdzięczamy jednak pojawienie się linearnej idei dziejów. Istnieje ona w formie zaczątkowej w starotestamentowych pismach; brzmi niczym echo przyszłych wydarzeń w wołaniu proroków. Zapowiedź sądu nad narodami w dolinie Jozafata w Księdze Joela, ostateczne przezwyciężenie klątwy grzechu przez tajemniczego Męża Boleści i wreszcie śmiała zapowiedź stworzenia nowego nieba i nowej ziemi… To nie przypadek, że nasz jednoznacznie liniowy kalendarz liczymy od narodzin Chrystusa. Jeśli ktokolwiek przyniósł, uwypuklił i podkreślił intuicję linearną na ziemi, to był to właśnie Jezus Chrystus. Tak naprawdę linearność pojawia się właśnie razem z Mesjaszem; najpierw jako czekająca na swoją kolej idea, potem bezpośrednio ukazana przez samego Jezusa, by wreszcie doczekać się utrwalenia w nauce Apostołów i chrześcijańskiego Kościoła. Chrystus powróci! Historia posiada Centrum, od którego odbija i zmierza na tor apokaliptyczny. Czasy po Chrystusie to już czasy ostateczne. “Dzieci, ostatnia to już godzina” – pisze sędziwy Apostoł Jan (1 Jana 2, 18). Przed Jezusem można było powiedzieć, że “Pokolenie odchodzi i pokolenie przychodzi, ale ziemia trwa na wieki” – żaden człowiek nie był bowiem w stanie swoim życiem poruszyć biegu ziemi. Dopóki na świecie nie pojawił się Bóg-Człowiek, można było zgodnie z prawdą napisać: “Nie ma nic nowego pod słońcem” – bo rzeczywiście “słońce” nie było świadkiem żadnego ontologicznego cudu, przemieniającego samą naturę rzeczywistości. Zapowiadany przez proroków Mesjasz dokonał jednak kosmicznego przewrotu; naprawdę wstrzymał słońce i ruszył ziemię. Następujący po Nim marsz Ewangelii przez dzieje gruntownie przeorał świadomość naturalnego człowieka. Musiało minąć sporo czasu, zanim konsekwencje zaistniałej zmiany się uwidoczniły; dziś jednak znamy je już bardzo dobrze.

Oś Boga, oś diabła

Zniuansowanie (albo zreformowanie) idei czasu pociągnęło za sobą szereg dalekosiężnych następstw. Świadomość nadchodzącego zbawienia na dobre zakorzeniła się w umyśle człowieka, niejako stawiając go ponad siłami czasu i dając mu przekonanie że to nie historia przeżyje jego, ale on przeżyje historię. Impuls ten – pierwotnie będąc głosem nadziei – był na tyle silny, że w niektórych przypadkach doprowadził chrześcijańską świadomość aż do zupełnego odrzucenia idei cykliczności czasu na rzecz wyczekiwania jak najrychlejszego przyjścia Chrystusa; świadectwem tego są ruchy millenarystyczne. Stało się jednak także i coś więcej; w ślad za powiewem Ducha Świętego niosącego wyzwolenie od pułapki dziejów, na świecie pojawił się jego nemezis; duch Antychrysta. Również i on bazuje na koncepcji czasu linearnego, prowadzącego do przyszłego zbawienia. Zastępuje jednak chrześcijańską nadzieję… pychą. W rozpalonym i uwolnionym od koła historii umyśle zakwitła idea, która okazała się silniejsza nawet niż chrześcijaństwo (choć to z niego się wywodziła). Doskonale ujął to Georges Bernanos: “Społeczeństwo współczesne może zapierać się swojego mistrza. Ono także było odkupione, już nie może mu wystarczyć zarządzanie wspólną ojcowizną, ono jak my wszyscy, chcąc nie chcąc, wyruszyło na poszukiwanie Królestwa Bożego. A Królestwo to nie jest z tego świata. A więc społeczeństwo nie zatrzyma się nigdy… Nie może już powstrzymać swego biegu. “Ocal się lub zgiń”. Nie można temu zaprzeczyć” (G. Bernanos, “Pamiętnik wiejskiego proboszcza”, Warszawa 2011, s. 60). Innymi słowy, świat skropiony przez chrześcijaństwo może przestać wierzyć w zbawienie w Jezusie; ale nie przestanie już wierzyć w zbawienie. Ewangelia zwielokrotniła od zawsze uśpione w człowieku pragnienie przezwyciężenia dramatu historii; i to bez względu na to, czy sama została przyjęta z wiarą. Dokładnie na tym fundamencie budują wszystkie nowoczesne ideologie; od jeszcze raczkujących początków w Oświeceniu aż po kres zlokalizowany w technokratycznym transhumanizmie. Nie ma już powrotu do wiecznego cyklu historii – istnieje bowiem święty czas linearny wiary lub linearyzm Antychrysta; fałszywa obietnica Nadczłowieka, której fundamentem jest nihilizm. Każda rewolucja biorąca sobie za cel stworzenie nowego i lepszego świata, jest przedostatnim słowem upadłego człowieka w historii; ostatnią szarżą fałszywej nadziei, miotaniem się jeszcze nieuświadomionej rozpaczy w matni świata. Nie mogłaby powstać, gdyby nie chrześcijańska wiara – jest bowiem jej zsekularyzowaną wersją. Każda śmiała próba urzeczywistnienia wzniosłych ideałów, wykucia nowej, panującej nad złem i historią jednostki bez oparcia w Chrystusie przeradza się w swoją karykaturę. Zamienia przy tym znużenie wyłącznie cykliczną historią na to, co reformowany publicysta Krzysztof Dorosz nazywa “terrorem historii”; snem o lepszym jutrze, który nagle zamienia się w koszmar – ponury rezultat utraty jakiejkolwiek więzi z transcendencją. Choroba braku sensu może osiągnąć swój stan ostry – i to właśnie dlatego że wcześniej pojawił się na nią lek. Izrael miał we własnej historii problemy od zawsze – ale stracił po raz ostatni swoje państwo, święte miasto i samą Świątynię właśnie dlatego, że odrzucił Mesjasza; Tego, na którym wszystko to się opierało. Tak samo ludzkość po przyjściu Chrystusa może pójść drogą ku finalnemu ratunkowi lub ostatecznemu odstępstwu; nie może już jednak stać w miejscu.

Tak czy inaczej, zaklęte koło pękło; zmartwychwstanie złamało jego czar… A przynajmniej tak wyglądać może najprostszy obraz zaistniałej przemiany. Okazuje się bowiem, że rzeczywistość nie wygląda tak prosto, jak mogłoby się wydawać. W jaki sposób pogodzić uniwersalną intuicję cykliczną z autentycznym Bożym linearyzmem? Jakie praktyczne przełożenie na nasze życie może mieć właściwa filozofia czasu?

Wszystkich zainteresowanych tymi pytaniami, zachęcam do zapoznania się z publikowaną już niedługo przeze mnie częścią trzecią serii.