Koło czy oś? Chrześcijańska filozofia czasu (cz. I)

Jeszcze kilka dni temu świętowaliśmy nastanie Nowego Roku – dla prawie wszystkich z nas było to ważne wydarzenie. Każdy odczuwa w takich sytuacjach wyjątkowo mocno, że wraz z innymi ludźmi znajduje się w samym środku płynącej wartko rzeki historii. To dobry moment do namysłu nad tym trudnym zagadnieniem. 

Jako chrześcijanie wierzymy przecież, że czas – a przez to także i historia – są dziełem Boga Stwórcy. Wyjście z tego założenia szybko prowadzi nas do postawienia pewnych ważnych pytań. Jaki charakter ma chrześcijańska filozofia czasu i historii? Jak osoby żyjące w czasie, choć przeznaczone do wieczności, powinny patrzeć na upływające dni i lata? Gdzie w tym wszystkim miejsce na prawdę o powtórnym przyjściu Chrystusa? I wreszcie – co temat ten może zmienić w naszym codziennym życiu?

Żeby móc rozpocząć namysł nad filozofią czasu, konieczne jest najpierw przedstawienie dwóch podstawowych sposobów, w jaki na niego patrzymy. Świadomie lub nieświadomie są one udziałem nas wszystkich; tak naprawdę, ilekroć mówimy o czasie, nawiązujemy właśnie do jednej z nich. Te fundamentalne koncepcje noszą nazwy czasu cyklicznego i czasu linearnego. Czym są, jak na nas wpływają i czy ich istnienie zgodne jest ze słowami Pisma Świętego?

Nic nowego pod słońcem…

Na początku zatrzymajmy się nad paradygmatem cyklicznym. Jego istotą jest przekonanie, że czas nie tyle nieubłaganie ucieka w nieosiągalną otchłań przeszłości, co raczej zatacza koło. Wydarzenia przemijają, by powrócić znowu. Przeszłość nie różni się zasadniczo niczym od przyszłości; obydwie podlegają tym samym prawidłom. Historia natomiast kołem się toczy; pomimo pozornie szalejących wokoło nas zmian, istota rzeczy pozostaje wiecznotrwała a wszystkie historyczne procesy to jedynie kolejna powtórka schematów, które istnieją od zarania dziejów.

Czas cykliczny jest podstawową intuicją właściwie wszystkich społeczeństw tradycyjnych; w jego ramach rzeczywistość nieustannie podlega procesom rozpadu i odnowy. Czas uśmierca, ale i jednocześnie wskrzesza to, co uśmiercił. Ponieważ wszystko co istnieje w historii, w ten czy inny sposób uwięzione jest wewnątrz czasu, to on stanowi ostateczny punkt odniesienia. Jest zatem czasem świętym, sakralnym; nie istnieje w nim silna sprzeczność z pojęciem wieczności, albowiem sam czas wydaje się być wiecznością, której ludzka dusza nie jest w stanie w pełni objąć. Taki sposób myślenia naturalnie sprzęga się z trwałą konstrukcją społeczną, w której żyły pokolenia naszych przodków. Tradycja zamienia czas w wieczność – właśnie za pośrednictwem koncepcji czasu cyklicznego. Radykalne i ostateczne konsekwencje z kołowej wizji czasu wyciągnęły starożytne i wschodnie religie pogańskie – czy nie zaświadcza o tym idea reinkarnacji, która jest niczym innym jak włączeniem wszystkich istot (z ludzkimi włącznie) w niezmienny i wieczny krąg czasu?

Tyle z teorii. Dla wielu z nas (bez względu na poglądy religijne) brzmi ona cokolwiek egzotycznie – może wydawać się pozbawiona oparcia w otaczającym nas świecie a zwłaszcza w chrześcijańskim Objawieniu. Takim wnioskom sprzyja zwłaszcza jej silny związek z hinduską bądź buddyjską kosmologią. Czy jakikolwiek ślad tego paradygmatu odnajdujemy zatem w Biblii? Spójrzmy na Księgę Kaznodziei Salomona/Koheleta (1, 5-10):

Pokolenie odchodzi i pokolenie przychodzi, ale ziemia trwa na wieki. Słońce wschodzi i słońce zachodzi, i śpieszy do swego miejsca, gdzie znowu wschodzi. Wiatr wieje ku południowi i skręca ku północy; wiatr ustawicznie krąży i w swym biegu okrężnym wraca. Wszystkie rzeki płyną ku morzu, a jednak morze nie wzbiera; w dalszym ciągu płyną rzeki do miejsca, do którego zdążają. Ludzie trudzą się mówieniem, lecz i tak nikt wszystkiego nie wypowie. Oko nie nasyci się widzeniem, a ucho nie zadowoli się słyszeniem. To, co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie: nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest coś, o czym można by powiedzieć: Oto jest coś nowego? Dawno to już było w czasach, które były przed nami.

Czy to nie zaskakujące? O kole historii opowiada sama Biblia! W wizji wschodów i zachodów słońca, biegu wiatru i rzek Kohelet opowiada właśnie o niezmiennym – a zatem cyklicznym – charakterze dziejów. Człowiek pojawia się i znika na ich arenie, lecz sama arena trwa – niezmienna i nieporuszona. Wydaje się, że w wizji autora natchnionej Księgi miejsce znajduje także postrzeganie czasu jako przeplatających się okresów odnowy i rozpadu (Kaz 3, 1-11. 14-15):

Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono. Jest czas zabijania i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowania. Jest czas płaczu i czas śmiechu; jest czas narzekania i czas pląsów. Jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni; jest czas pieszczot i czas wstrzymywania się od pieszczot. Jest czas szukania i czas gubienia; jest czas przechowywania i czas odrzucania. Jest czas rozdzierania i czas zszywania; jest czas milczenia i czas mówienia. Jest czas miłowania i czas nienawidzenia; jest czas wojny i czas pokoju. Jaki pożytek ma pracujący z tego, że się trudzi? Widziałem żmudne zadania, które Bóg zadał ludziom, aby się nimi trudzili. Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie, nawet wieczność włożył w ich serca; a jednak człowiek nie może pojąć dzieła, którego dokonał Bóg od początku do końca. […] Wiem, że wszystko, cokolwiek Bóg czyni, trwa na wieki: Nic nie można do tego dodać i nic z tego ująć; a Bóg czyni to, aby się go bano. To, co jest, było już dawno, a to, co będzie, też już jest od dawna; bo Bóg przywraca to, co przeminęło.

Także i tutaj znajdujemy szereg myśli, które najwyraźniej potwierdzają cykliczną intuicję wspólną wszystkim społeczeństwom tradycyjnym. Historia – to rozciągnięty w czasie zbiór ujawniających się co rusz archetypów; fundamentalnych prawd o naszym istnieniu, które co rusz dają o sobie znać. Życie i śmierć, święto i post, radość i smutek, pokój i wojna, cisza i dźwięk, rozkwit i plaga – powracają w nigdy niekończącym się tańcu. Nie ma nic nowego pod słońcem. 

…A to co krzywe, nie da się wyprostować

Abstrahując jednak od wzniosłych rozważań, trzeba przyznać że idea cykliczności czasu narzuca się sama w bardzo prosty sposób; ilekroć widzimy, gdy ludzie komentując aktualne wydarzenia przyrównują je do minionych wydarzeń w historii, mamy do czynienia z mniej lub bardziej uświadomionym przekonaniem… właśnie o historii jako kole. To właśnie z tej świadomości płyną znane nam słowa, że “jutro będzie lepiej”, “po burzy zawsze wychodzi słońce” a rzeczywistość naturalnie dostarcza zasobów na zaradzenie aktualnym problemom. Skoro istnieje “czas rozdzierania” i “czas zszywania”, potencjał ku odnowie duchowej leży ukryty wewnątrz czasu. Zresztą, czy nie żyjemy w świecie przepełnionym wydarzeniami, które w swojej istocie po prostu się powtarzają? Pory roku, dni, tarcza zegara… Kół, które można znaleźć w historii jest nieprzeliczona ilość, i każde o innym rozmiarze. Na kolistej trajektorii można umieścić historyczne ery czy nawet – jak zauważa Oswald Spengler w “Zmierzchu Zachodu” – całe przeżywające okresy narodzin, rozwoju, schyłku i upadku wielkie cywilizacje.

Jaki istnieje zatem szkopuł związany z cyklicznością czasu? Widzimy go najlepiej, przyglądając się ostatecznym konsekwencjom wyłącznie kolistej wizji czasu w pogaństwie oraz właśnie… w tonie słów samego autora Księgi Koheleta! Czyż to właśnie ten fragment Starego Testamentu nie jest najbardziej pesymistyczną, tchnącą śmiertelnym znużeniem częścią Biblii? Nuda jest zaś – jak wiadomo – jedynie przewlekłą formą choroby braku sensu, która w ostrej formie (paroksyzmie) objawia się jako rozpacz. Cykliczny czas dzięki swoim wewnętrznym zasobom odnowy jest co prawda odporny na paroksyzmy bólu istnienia, zna jednak doskonale nudę. Powód tego pesymizmu jest następujący: jeśli czas jest wyłącznie kołem, to koło to jest ostatecznie spacerniakiem więzienia. Człowiek intuicyjnie wyczuwa w końcu, że cykl historii – nawet jeśli posiada swoje jasne strony – nie gwarantuje spełnienia jego najgłębszej duchowej potrzeby zbawienia. Nie odczuwałby jej, gdyby nie posiadał “wieczności w swoim sercu”; nie myślałby też o niej, gdyby żył w doskonałym, wolnym od zła świecie. Ponieważ jednak nosi on w sobie odblask Absolutu, sam będąc przy tym zanurzonym w strukturach zła, nie może ostatecznie udzielić innej odpowiedzi na toczący się czas, jak tylko wykrzyknąć z bezgranicznym rozczarowaniem: “Marność nad marnościami!”. Jeśli świat po prostu trwa, trwa także obecne w nim zło. “To co krzywe, nie da się wyprostować, a to, czego brakuje, nie da się policzyć.” Tej samej tak naprawdę odpowiedzi udzielają również i religie pogańskie. Budda, przejrzawszy zgubną naturę zamkniętej rzeczywistości, powstaje by ją opuścić; podejmuje próbę ucieczki z więzienia. Skoro wszystko jest jednym, to wszystko jest niczym – a zatem ku tej nicości trzeba dotrzeć, ona jest tak naprawdę autentyczną osnową bytu. Podobnie sprawę postrzega przecież hinduizm.

Historia zamknięta bowiem we własnym kręgu i rozpatrywana tylko jako niekończący się cykl oraz nieskończoność pomniejszych cykli, jest przeklętą wiecznością albo reinterpretując oryginalny sens wypowiedzi niemieckiego pisarza Georga Hegla, złą nieskończonością. Taki właśnie wniosek stawia prawosławny filozof Mikołaj Bierdiajew: “Historia jedynie w tym wypadku ma pozytywny sens, jeśli się skończy. […] Gdyby historia, była nieskończonym procesem, złą nieskończonością, to historia nie miałaby sensu. Tragedia czasu byłaby nierozwiązalna, a zadanie historii nie do zrealizowania, gdyż wewnątrz czasu nie może ona być zrealizowaną” (M. Bierdiajew, “Sens historii”, Kęty 2002, s. 136)

Co zatem z czasem linearnym? Czy stanowi on odpowiedź na problem grzechu i zła? Jakie miejsce w chrześcijaństwie ma czas cykliczny, skoro wspomina o nim Kohelet? O tym w następnych tekstach.