Chcę być jak Jezus… takie lub podobne słowa wyśpiewujemy w wielu pieśniach. Szeptamy z zapałem w gorliwych modlitwach. Jakkolwiek szczere są te prośby, nie zawsze jednak w pełni zdajemy sobie sprawę, o co tak naprawdę prosimy modląc się w ten sposób.

Najbardziej niebezpieczna modlitwa

Paul Washer stwierdził kiedyś, że najbardziej niebezpieczną modlitwą jest właśnie ta: Ojcze spraw, abym był jak Jezus. Dlaczego? Jeśli mamy być tacy, jak nasz Mistrz, podobieństwo musi obejmować wszystkie aspekty zarówno Jego jak i naszego życia. A głównym celem przyjścia Chrystusa na ziemię nie było przemierzanie galilejskich miast w otoczeniu zachwyconych tłumów ani stąpanie po rozesłanych na ziemi szatach i gałęziach palmowych. Najważniejszą drogą, którą pokonał Zbawiciel była via Dolorosa prowadząca wprost na wzgórze Golgoty. Jego uczniom nie pozostaje nic innego jak pójść w Jego ślady.

Nie ulepszenie, lecz całkowita przemiana

Konieczne jest więc uświadomienie sobie, że „stawanie się jak Jezus” nie oznacza zwykłego ulepszenia, ale całkowitą przemianę – stworzenia nowego człowieka. To pociąga za sobą konsekwencje: stary musi umrzeć. Na dwóch nie ma miejsca. Ciekawie pisał o tym w „Chrześcijaństwie po prostu” C.S.Lewis:

[Chrystus] ostrzegał ludzi, by „obliczyli wydatki” zanim zostaną chrześcijanami. „Nie rób sobie złudzeń’ – stwierdza. – „Jeśli mnie wezwiesz, uczynię cię doskonałym. To właśnie cię czeka z chwilą, kiedy oddasz się w Moje ręce. Nic innego, bez żadnych ustępstw. Masz wolną wolę i jeśli zechcesz, możesz Mnie odepchnąć. Ale jeśli mnie nie odepchniesz, zrozum, że doprowadzę tę pracę do końca. Niezależnie od tego, ile cierpień będzie cię to kosztowało w twoim ziemskim życiu (…), niezależnie od tego, ile będzie to kosztować Mnie samego, nigdy nie spocznę ani nie pozwolę spocząć tobie, dopóki nie staniesz się dosłownie doskonały – aż Mój Ojciec będzie mógł powiedzieć bez zastrzeżeń, że ma w tobie upodobanie tak jak powiedział, że ma upodobanie we Mnie. Potrafię to zrobić i zrobię to. Ale nie zrobię niczego mniej”.

Nasze stawanie się jak Jezus jest jednoczenie umieraniem naszego „ja”. Czy jesteśmy więc na to gotowi, czy obliczyliśmy koszty? (ew. Łuk. 14:25-35) To nie będzie łatwa droga. Na krzyżu nie umiera się szybko i bezboleśnie. Agonia jest długa i pełna ból. Ale to dopiero śmierć, przed którą tak wzdryga się ciało, przynosi prawdziwe uwolnienie.

Pan Jezus powiedział: Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim. (ew. Łuk. 14:26) Zarzut, że powyższy fragment nakłania do nienawiści wobec bliźnich jest wielkim nieporozumieniem, wypowiedź ta bowiem skupia się na czymś zupełnie innym. Najcenniejszą rzeczą jaką posiada człowiek jest jego życie. Być może na co dzień nie myślimy o tym zbyt wiele, ale kiedy na szali ważą się losy: życie lub śmierć, wtedy nagle wszytko inne traci znaczenie, nic innego się nie liczy. W swojej wypowiedzi Jezus stawia zdumiewający warunek: nie możesz być moim uczniem, naśladowcą, jeśli nie oddasz mi tego, co jest najcenniejsze – swojego życia. Innymi słowy Chrystus sugeruje nam, iż to właśnie On sam ma być naszym najbardziej drogocennym skarbem. Zachęcając byśmy oddali Mu swoje życie, nie zamierza On pozostawić nam jałowej pustki. Daje nam coś niewyobrażalnie wspanialszego: Ja jestem drogą, prawdą i życiem (ew. Jana 14:6). Chrystus ofiarowuje nam siebie, swoje życie – życie, którym jest On sam.

Tak, ale…

Czasami mówiąc, że pragniemy być jak Jezus, chcielibyśmy być tak dobrzy, łagodni i cierpliwi jak On, ale… bez wysiłku. Najlepiej gdyby stało się to w mgnieniu oka. Czasem też pod tymi słowami kryje się pragnienie, by naprawione zostały tylko jakieś duże, przeszkadzające nam wady czy rzucające się w oczy grzechy, wydaje nam się, że reszta jest w porządku. Nie ma więc potrzeby, aby Pan Bóg ingerował w te aspekty naszego życia. Jednak jeśli Bóg rozpoczyna swoje dzieło, doprowadza je do końca. On nie zadowala się jedynie pomalowaniem ścian poprzez nałożenie nowego koloru na stary, jeśli to konieczne zdziera wszystkie warstwy starych tapet.

„…od samego początku musisz zdać sobie sprawę, – stwierdza dalej Lewis – że cel, ku któremu On zaczyna cię prowadzić, to absolutna doskonałość — i żadna siła we wszechświecie oprócz ciebie samego nie powstrzyma Go przed doprowadzeniem cię do celu. Oto, co cię czeka. To bardzo ważne, żeby zdać sobie z tego sprawę. Jeśli tego nie zrozumiemy, najpewniej w którejś chwili zaczniemy się wycofywać i stawiać Mu opór. Sądzę, że wielu z nas, kiedy Chrystus pomógł już nam uporać się z tym czy innym szczególnie uprzykrzonym grzechem, zaczęło odnosić wrażenie (choć nie ujmowaliśmy go w słowa), że już jesteśmy dostatecznie dobrzy. Chrystus zrobił to, czego od Niego oczekiwaliśmy i bylibyśmy zobowiązani, gdyby zechciał nas teraz zostawić w spokoju. Jak to nieraz mówimy: „Nigdy nie spodziewałem się zostać świętym, po prostu chciałem być zwyczajnym, przyzwoitym facetem”. Mówiąc to, wyobrażamy sobie, że jesteśmy pokorni. (…) Może jesteśmy zadowoleni z siebie i wolimy pozostać, jak to nazywamy, „zwykłymi ludźmi” — ale On jest zdecydowany przeprowadzić zupełnie inny plan. Wzdragać się przed tym planem, to nie pokora, to lenistwo i tchórzostwo. Ulec mu, to nie zarozumialstwo czy megalomania — to posłuszeństwo.”

Nasza ludzka natura usilnie broni się przed całkowitym oddanie siebie. Tak głośno krzyczą „wszystkie zaimki naszego jestestwa”. Tak bardzo chcielibyśmy zachować dla siebie kawałek siebie. Śmierć własnego „ja” przeraża nas i odstrasza. A nawet jeśli już stwierdzimy, że naprawdę tego pragniemy, praktyka okazuje się o wiele trudniejsza niż słowa.

„…aby miały życie i obfitowały”

Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały, powiedział Jezus (ew. Jana. 10:11). Jeśli nie zrozumiemy tych słów i nie uwierzymy, że są one prawdą, nie będziemy mogli naprawdę oddać swojego życia Chrystusowi. Jeśli nie uwierzymy, że Jego życie jest stokrotnie lepsze niż nasze wyobrażenie o obfitym, szczęśliwym życiu. „Nie jest głupcem ten, kto oddaje coś, czego nie może zatrzymać za coś, czego nie może stracić”, trafnie zauważył Jim Elliot. Doskonale rozumiał tę prawdę apostoł Paweł – wszystko, łącznie ze swoim życiem, uznał za śmiecie i gotów był to oddać byleby tylko zyskać Pana. Jego życiem stał się Chrystus (Fil. 2:21, 3:7-8) i apostoł narodów mógł powiedzieć: nie żyję już swoim wyobrażeniem o życiu, które było nędzną imitacją, żyje we mnie doskonałe, wieczne Życie (Gal.2:20)

Zarówno apostoł Paweł, jak i Jim Elliot dosłownie oddali swoje życie za Chrystusa i Ewangelię. Nie tylko oni, historia bowiem pokazuje, iż wielu było tych, którzy byli kamienowani, paleni, przerzynani piłą, zabijani mieczem (Hebr.11:37), którzy nie umiłowali życia swojego tak, by raczej je obrać niż śmierć. (Obj. 12:11b) Nie znamy przyszłości, nie wiemy więc, czy i my nie staniemy kiedyś przed wyborem: albo wyrzec się Chrystusa i zachować życie fizyczne, albo pozostać Mu wiernymi i umrzeć. O ile jednak nie wszystkich spotka męczeńska śmierć, o tyle duchowa śmierć cielesnego „ja” jest koniecznym elementem chrześcijańskiego życia, by mogło być ono zasadnie określane tym epitetem. Czasami zdaje się nam, że w decydującym momencie bylibyśmy gotowi bohatersko oddać życie za to, w co wierzymy. A jednak często nie potrafimy codziennie składać ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu (Rzym.12:1). Deklarujemy gotowość poświęcenia życia dla Chrystusa, a nie potrafimy poświęcić bliźniemu trochę naszego czasu. Podczas nabożeństwa śpiewamy „oddaję wszystko dziś”, ale gdy trzeba sięgnąć do portfela, by wesprzeć jakiś zbożny cel, nagle okazuje się, że jednak trochę chcemy dla siebie zatrzymać. Gorliwie zapewniamy, że nasze życie należy całkowicie do Boga, a później spędzamy całe dnie realizując swoje plany i zamierzenia, pozostawiając dla Niego tylko parę minut szybkiej, wieczornej modlitwy. Mówi się, że warto żyć jedynie dla tego, za co człowiek gotów jest umrzeć. Nikt jednak nie umiera za to, dla czego nie był gotowy żyć. Codzienne umartwianie cielesnej natury jest koniecznością chrześcijańskiego życia – tylko wtedy będziemy mogli stawić czoła fizycznej śmierci, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Gotowość męczenników, by dla Chrystusa dosłownie oddać życie, nie powstawała nagle z niczego na arenach, rodziła się ona dużo wcześniej, podczas codziennego umierania starej natury. John Stam (misjonarz żyjący w latach trzydziestych w Chinach), uwięziony wraz z żoną i córeczką przez komunistów, w jednym z ostatnich listów przed śmiercią napisał przejmujące słowa, które brzmiały mniej więcej tak: „Jeśli chodzi o nas, niech On będzie uwielbiony, czy to przez życie, czy przez śmierć”. Wkrótce John i Betty zostali straceni. Ich gotowość, by umrzeć dla Chrystusa, wynikała jednak z faktu, że już od wielu lat żyli życiem, które miało na celu oddawać Mu chwałę.

Stracić życie, aby naprawdę żyć

Im bardziej usuwamy z drogi to, co nazywamy „sobą” i oddajemy się Jemu, tym bardziej stajemy się sobą. (…)W tym sensie nasze prawdziwe „ja” wciąż czeka na nas w Nim. Bez Niego na nic nie zdadzą się próby „bycia sobą”. (…) Oddaj samego siebie, a odnajdziesz swoje prawdziwe „ja”. Strać życie, a odnajdziesz je. Poddaj się śmierci, codziennej śmierci własnych ambicji i ulubionych pragnień, a na końcu również śmierci swojego ciała — oddaj każde włókno swojego istnienia, a odnajdziesz wieczne życie. Nic nie zatrzymuj dla siebie. Nic z tego, co sobie zatrzymasz, nie będzie naprawdę twoje. Nic, co w tobie naprawdę nie umarło, nie zostanie wskrzeszone z martwych. Szukając samego siebie, znajdziesz na końcu tylko nienawiść, samotność, rozpacz, gniew, ruinę i rozkład. Ale szukaj Chrystusa, a znajdziesz Go — z Nim zaś wszystko inne. (C.S.Lewis)

Nie jest głupcem, kto oddaje imitację życia, aby zyskać prawdziwe Życie, którego nic nie jest mu w stanie odebrać. Nic, nawet śmierć. Chrześcijaństwo, czyli naśladowanie Chrystusa, jest więc wspaniałą szansą, by umrzeć. Wspaniałą szansą, by zacząć naprawdę żyć.