Pożegnanie z koronawirusem, czyli kilka wniosków z czasów zarazy (1/3)

W ostatnich miesiącach o pandemii ucichło. Wiele rządów zdecydowało się na zniesienie obostrzeń, rozpłynęły się burzliwe dyskusje, a treść nagłówków zajęły inne, bardziej palące tematy. Pandemia, która wkroczyła w nasze życia wśród fanfar lockdownów i na dwa lata niemal sparaliżowała świat, opuszcza nas wręcz niezauważenie, bez reflektorów, pod osłoną wojny.

Myślę, że wszyscy jesteśmy zmęczeni, zarówno samym koronawirusem, jak i nieustannymi dyskusjami o nim. Już od jakiegoś czasu pandemia straciła wymiar tego bezprecedensowego zagrożenia, jakim była jeszcze w pierwszych miesiącach 2020 roku. Przyzwyczailiśmy się. Wielu z nas przeszło covida. Wielu się zaszczepiło. Życie toczyło się dalej.

Dlatego istnieje teraz silna pokusa, by na pandemię spuścić po prostu zasłonę zapomnienia. Zamknąć ten rozdział i wyprzeć go z pamięci, wrócić do normy, jak gdyby nic się nie stało, pozbyć się zooma i przejść wreszcie do planów, które przerwał nam koronawirus.

Obawiam się jednak, że możemy w ten sposób utracić cenne lekcje, które wykuwały się w bezprecedensowej codzienności ostatnich dwóch lat. Nasza rzeczywistość zmieniła się bezpowrotnie – zmieniliśmy się też my sami. Jednak jeżeli mamy nie zmarnować pandemii, jak brzmiało popularne na początku 2020 roku w chrześcijańskich kręgach hasło, musimy wyciągnąć z niej wnioski.

Mały świat

Koronawirus na kilka lat zmienił rzeczywistość nie do poznania. W globalnej wiosce nie było gdzie się ukryć. Granice zostały zamknięte, loty zatrzymane, opustoszały miejsca publiczne, zapełniły się szpitale, a suwerenni i wolni dwudziestopierwszowieczni ludzie utknęli w swoich domach, śledząc statystyki zachorowań i zgonów.

Zaistniała sytuacja i związane z nią ograniczenia często budziły niepokój i strach – przed przyszłością, samotnością, kryzysem gospodarczym czy nieopatrznym przekazaniem wirusa starszemu członkowi rodziny. A często po prostu frustrację i zmęczenie – izolacją, ograniczeniem do czterech ścian własnego pokoju, ekranem komputera, niemożliwością planowania, natłokiem myśli.

Ale był pewien aspekt tej nowej sytuacji, który umyka naszej uwadze. Zmiana, której doświadczyliśmy, była o tyle bardziej dramatyczna, że podważyła jeden z najgłębiej zakorzenionych dogmatów naszego świata i tożsamości. Jako społeczeństwa podświadomie przyjęliśmy coś, co Wendell Berry nazywa dogmatem nieograniczoności, i pozwoliliśmy się mu ukształtować. Co mam przez to na myśli? Berry tłumaczy:

Powszechnie akceptowaną podstawą naszej obecnej gospodarki jest nieprawdopodobna możliwość nieograniczonego wzrostu, nieograniczonych potrzeb, nieograniczonego bogactwa, nieograniczonych zasobów naturalnych, nieograniczonej energii i nieograniczonego długu. Koncepcja ekonomii bez limitu pociąga za sobą i czyni konieczną doktrynę ogólnoludzkiej nieograniczoności: wszyscy są uprawnieni, by bez ograniczeń dążyć do tego, co uważają za pożądane. […] Strach przed małością naszego świata i jego życia może prowadzić do pewnego rodzaju klaustrofobii, a od niej, wydawałoby się racjonalnie, do pragnienia ‘wolności’ rozumianej jako pozbawienie ograniczeń (tłum. własne)1.

Tymczasem rzeczywistość koronawirusa zapukała do drzwi i zamknęła je za sobą z trzaskiem, czyniąc nasz świat bardzo małym, obnażając iluzję wizji nieograniczoności, a także ludzką kruchość i słabość wobec śmierci. Można powiedzieć, że podkopała opowieść, którą Zachód od dekad chciał opowiadać o sobie – narrację o gospodarczej prospericie, politycznej stabilności, podporządkowaniu sobie świata natury, wolności, a wreszcie nieograniczonym rozwoju i postępie. Wybuch wojny w Ukrainie w ostatnich miesiącach tylko scementował to, co pokazała tak jasno pandemia – nie możemy mówić, że coś nie zdarzy się „nigdy więcej”. To tylko słowa. Nie zdołaliśmy stworzyć sobie epoki odpornej na śmierć, katastrofę i niepewność.

Jednak zaakceptowanie tej rzeczywistości okazało się trudne. Jak pisze Brad Littlejohn, wiele ludzi obawiało się wirusa, tak – śmierci i choroby – ale nawet bardziej, wydawało się, obawiało się zaburzenia tego życia, które uważali, że im przysługuje, obawiali się utraty wolności, które uznawali za swoje święte prawo, obawiali się poświęcenia na rzecz wspólnego dobra2. Dominujący okazał się nie niepokój związany ze śmiercią – ale z ograniczeniami naszej osobistej wolności, utratą określonej jakości życia, która uznaliśmy, że nam przysługuje.

Jako chrześcijanie wcale nie okazaliśmy się na to odporni. Przyzwyczailiśmy się – jak wszyscy – do życia w szerokiej przestrzeni, w której dowolnie mogliśmy realizować nasze cele, zawsze wyposażeni w wachlarz opcji. Nauczyliśmy się myśleć, że przysługuje nam prawo do rzeczywistości stabilnej i spokojnej, w której warunki życia poprawiają się z roku na rok, wolność jest absolutną wartością, a przyszłość jest zagwarantowana. Przywiązaliśmy się do codziennych nawyków, do komfortu, do określonego stylu życia. Nasz Pan przez pandemię ograniczył nam przestrzeń funkcjonowania, stawiając nas przed pytaniem – co mamy zamiar zrobić z tym, co zostało nam dane? Czy byliśmy w stanie przyjąć Jego wolę z wdzięcznością? Czy byliśmy w stanie zgodzić się z apostołem Pawłem, który z celi więziennej napisał – Nauczyłem się przestawać na tym, co mam. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek. Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie? (Flp 4:11-13)3.

Czy mamy do czego wracać?

W pewnym sensie więc pandemia przypomniała nam o tym, jak krucha jest nasza tożsamość, jeśli budowana jest wyłącznie w oparciu o rzeczy, których w mgnieniu oka możemy zostać pozbawieni.

Akcja Dżumy, słynnej powieści Alberta Camus, rozgrywa się w Oranie, algierskim mieście portowym. Po wybuchu tytułowej epidemii, mieszkańcy i przyjezdni zostają na 9 miesięcy zamknięci w mieście, bez możliwości jego opuszczenia, zmuszeni patrzeć, jak choroba krok po kroku, niczym nie zatrzymana, dziesiątkuje populację. Po ogłoszeniu końca kwarantanny, chcą jak najszybciej uciec z murów zdławionego miasta. Trudno się dziwić. Podczas trwania zarazy definiowali się przede wszystkim przez pryzmat tego, od czego zostali odcięci, miejsc, z których przyjechali. Kiedy zaraza mija, chcą wrócić do swoich „prawdziwych ojczyzn”, prawdziwych siebie, odnaleźć bliskich, zanurzyć się w bogactwie świata, do którego tak długo nie mieli dostępu. Jednak na jak długo zapewni im to szczęście? Co jeśli oczekiwania powrotu do ojczyzn zawiodą? Co jeśli w domu nie będzie miał ich kto powitać? Główny bohater Dżumy, filozofujący lekarz Rieux, uważa, że nie jest ważne, czy te rzeczy mają sens, czy go nie mają, ważna jest jedynie odpowiedź na nadzieję ludzi4. Rieux nie łudzi się jednak co do długotrwałości tego szczęścia – wie, że widmo dżumy i zła nigdy nie znika z horyzontu.

Koronawirus mógł wywrócić do góry nogami naszą codzienność. Może to, czego najbardziej pragnęliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat, to po prostu powrócić do normalności – do tego, co było wcześniej. Jednak jako chrześcijanie nie musieliśmy i nie musimy definiować się przez pryzmat tylko i wyłącznie tego, czego zostaliśmy pozbawieni. Nie musimy i nie powinniśmy postrzegać powrotu do określonych rzeczy i nawyków jako gwarancji naszego szczęścia. Nie musimy bać się, jak przyjezdni, którzy utkwili w Oranie, że w końcu okaże się, że ma do czego wracać.

Chrześcijanin nawet odarty ze wszystkiego, co znane, nigdy nie jest pozbawiony swojego Pana. Nasz status przed Nim pozostaje niezmieniony, jesteśmy obywatelami jego królestwa, jego umiłowanymi dziećmi niezależnie od tego, gdzie znaleźliśmy się po epoce pandemii.

Wydaje mi się jednak, że w tej tęsknocie za prawdziwą ojczyzną, o której pisał Camus, jest coś głębszego. Przypomniała mi ona o Lewisowskim stwierdzeniu, że jeśli dostrzegamy w sobie pragnienie, którego nic w tym świecie nie może zaspokoić, to oznacza to, że zostaliśmy stworzeni dla innego świata. Jak pisze apostoł Paweł w Liście do Filipian, Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też oczekujemy Zbawcy, Pana Jezusa Chrystusa, który przekształci ciało naszego poniżenia w postać podobną ciału Jego chwały (Flp 3:20-21)5. A świadomość tego wcale nie wyklucza radowania się tym, co nas otacza teraz i nie unieważnia naszych codziennych wysiłków. Jak pięknie ujmuje to Kaznodzieja: O każdym czasie niech twe szaty będą białe i niech nie braknie olejku na twojej głowie. Pielęgnuj życie z żoną, którą kochasz, przez wszystkie dni twojego ulotnego życia, które Bóg dał ci pod słońcem, przez wszystkie dni twej marności, gdyż to jest twój dział w życiu i mozole, którym ty trudzisz się pod słońcem (Kzn 9:8-9)6.

Dżuma na jakiś czas jeszcze pozostaje obecna w ludzkim doświadczeniu. Nie możemy na zawsze pożegnać się z wojnami i pandemiami – jeszcze nie. Ale zarówno śmierć, jak i grzech zostały już zwyciężone. Chrześcijańska nadzieja nie jest pustą nadzieją Camus. Jest zbudowana na triumfie zmartwychwstałego Zbawiciela.

Nauczmy się liczyć dni

Dziś, kiedy jako chrześcijanie żegnamy się z pandemią, pamiętajmy o tym, jak łatwo jest nam zadomowić się w narracjach powszechnych w otaczającym nas świecie i pozwolić się ukształtować ich wizji człowieka – niczym nieograniczonego, zawsze pragnącego więcej, walczącego o swoją wolność i ambicje. Nasze życie z definicji jest ograniczone – to mądry Bóg wyznacza jego ramy, jego początek i koniec. On powołuje nas do życia i wzywa nas z powrotem do siebie. Nauczmy się więc wraz z Mojżeszem liczyć nasze dni, rozpoznając naszą kruchość i skończoność, modląc się – nasyć nas już rano swoją łaską, a będziemy się radować i weselić przez wszystkie nasze dni! (Ps 90:14)7. Nauczmy się akceptować mały świat, wraz ze wszystkimi jego ograniczeniami, realizując nasze powołanie tam, gdzie Bóg nas postawił.

  1. W. Berry, The World-Ending Fire. The Essential Wendell Berry, Berkeley, 2017.
  2. B. Littlejohn, Virtue in the Twilight of a Pandemic, https://breakingground.us/walking-by-the-light-of-virtue-in-the-twilight-of-a-pandemic/ (dostęp: 20.04.2022).
  3. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza. Przekład dosłowny z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, z przypisami. Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań, 2020.
  4. A. Camus, Dżuma, Warszawa, 1982, s. 246 – 247.
  5. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza. Przekład dosłowny z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, z przypisami. Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań, 2020.
  6. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza. Przekład dosłowny z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, z przypisami. Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań, 2020.
  7. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza. Przekład dosłowny z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, z przypisami. Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań, 2020.
  • 8 Wpisów
  • 0 Komentarzy
Studentka hebraistyki i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Współautorka portalu doPrawdy. Zainteresowana językami semickimi, polityką i myślą reformacyjną. Zdarza się, że czyta o historii idei i wędruje po górach. Zbawiona łaską Chrystusa, zaskoczona radością i przekonana o pełnej wystarczalności Jego Słowa w odnoszeniu się do każdego aspektu rzeczywistości.