fbpx

Wielka Sobota. Pogrzebane Dobro.

Wielka Sobota jest inna niż poprzedzający ją dzień. Przeminął już zgiełk rozgorączkowanego tłumu, do przeszłości należą straszne wydarzenia towarzyszące śmierci tajemniczego Nazarejczyka. Dramat jednak trwa nadal – tym razem jednak w głębokiej ciszy dnia sabatu.

Tego to dnia słońce wschodzi nad światem nie by oświetlić jego nadzieje, ale milczący tragizm porażki. Gdzieś w górnej izbie chowają się Apostołowie, usilnie pragnąc zapewne, by oprawcy Jezusa nie przypomnieli sobie o istnieniu Jego uczniów. Żołnierze rzymscy witają poranek po niczym niezmąconej pierwszej nocy warty nad grobem skazanego. Poncjusz Piłat rozpoczyna nowy dzień z kolejnymi, tym razem już mniej absorbującymi obowiązkami. Arcykapłani w końcu budzą się wyspani i usatysfakcjonowani – a choć rozdarta zasłona Świątyni wymaga naprawy, niewielka to cena za pozbycie się największego wroga, czyż nie? Dwóch (eks)uczniów Nazareńczyka umawia się dziś na jutrzejsze opuszczenie Jerozolimy i podróż do Emaus. W myślach całkowicie upokorzonego Piotra znowu staje rybacka łódź i pozbawiona znaczenia przyszłość – smutny epilog spędzony na Jeziorze Galilejskim. Kobiety – najwierniejsze towarzyszki Mistrza – odpoczywają zgodnie z przykazaniem, myśląc już o jutrzejszej ostatniej wizycie w grobie Pana. Lecz ciężko o bardziej nieznośny odpoczynek niż ten, który jest spoczynkiem uśmierconych marzeń. Apatią unicestwionych nadziei. Czym różni się bowiem ten sabat od wiecznego spoczynku w krainie umarłych, skoro Ten w którym ogniskowały się wszystkie oczekiwania i pragnienia, zabrał je teraz razem z sobą do ciemności grobu? Tak – ciało Mesjasza, nieodwołalnie uśmiercone, spoczywa pochowane. Ta historia jest skończona a cisza Wielkiej Soboty dowodzi tego jeszcze bardziej wymownie niż zgiełk Wielkiego Piątku.

Myśląc o tamtym dniu, mam wrażenie że podobny dramat powtarza się za każdym razem, gdy widzimy jak na tym świecie ginie dobro. Dobro rozlane przez głupotę i niefrasobliwość lub może ślepy, okrutny traf. Nieodwracalnie stłuczone niczym bezcenny kryształ. Umiera, brocząc krwią i na naszych oczach oddaje ducha. W żaden sposób nie wydaje się trwalsze od zła; wprost przeciwnie, to ono ginie a jego przeciwnicy triumfują. Myślę o kościołach na Bliskim Wschodzie, które puszczono z dymem. Myślę o tamtejszych chrześcijanach, którzy jeden po drugim oddają życie uśmiercani przez islamistów. Statystyki stoją po stronie oprawców; nie ulega wątpliwości, jak wielkie (śmiertelne?) ciosy spadają na prześladowane chrześcijaństwo i jak z każdym zgładzonym istnieniem zmniejszają się szanse na sukces Ewangelii w tamtym rejonie. Myślę jednak także o Europie – w której Ewangelię już dawno opasano pogrzebową szarfą, a nad jej trumną mowy wygłaszają kolejni prorocy laicyzmu. “Bóg umarł!” – echo tego wołania rozbrzmiewa coraz mocniej i wyraźniej, docierając do kolejnych miejsc i zakamarków świata, niosąc niemożliwą do zignorowania śmierć wiary. Myślę o kościołach, w których dawno umarł ogień niegdysiejszej pobożności a rozpalone do czerwoności kazania ustąpiły miejsca cukierkowej, pogodzonej ze światem pogadance. Myślę wreszcie o konkretnych ludziach – o znanych mi osobach, które dziś zdają się nie mieć nic wspólnego z Chrystusem – tym samym, którego kiedyś tak żarliwie wyznawały. O wielkich mężach Bożych, których ciała spoczywają w grobach a dziś byliby jeszcze bardziej potrzebni Kościołowi i światu niż w czasach, w których żyli. Wspominam w końcu wszystkie pogrzebane szanse, okazje, możliwości. Wszystkie błogosławieństwa i dary, które samemu zaprzepaściłem lub których utraty byłem świadkiem. Prawdziwie – jeśli prawdą jest, że dobro może umrzeć, to ten świat jest cmentarzyskiem. A my żyjemy w trakcie Wielkiej Soboty.

Jest jednak jedna rzecz, o której nie wiedzieli osamotnieni towarzysze Jezusa. To nie był koniec tej historii. Śmierć bowiem może skraść każde dobro z rąk świata – ale ani jednego z dłoni Boga. Może ogołocić z niego teraźniejszą chwilę – ale nie kontroluje przyszłości. Może szaleć i wyzwolić całą swoją moc w piątek oraz pilnie strzec swojego triumfu w sobotę – ale niedziela przyniesie jej koniec. Zło może wtrącić Chrystusa do lochu śmierci – ale cóż uczyni, gdy połamie On zasuwy lochu? Cisza ogarniająca Wielką Sobotę jest porażką tylko pozornie – nie widzimy bowiem tego, co dzieje się za kulisami sceny zwanej światem. U Boga ciemność nigdy nie ma ostatniego słowa, lecz zawsze stanowi tylko ciszę przed burzą Cudu. Przed burzą Zmartwychwstania.