Dlaczego Chrystus, władca Izraela, uciekł od ludu który chciał Go nim obwołać (Ew. Jana 6, 15)? Bowiem Pan miał pochodzić nie z ludzkiego, a tylko Boskiego nadania. “Nie przyjmuję chwały od ludzi” (Ew. Jana 5, 41).

Żydzi intronizowaliby człowieka według własnych wyobrażeń i nadziei na państwo dobrobytu, lecz tylko Bóg mógł wywyższyć Boga. Ludzie nie mają bowiem królewskiej korony, którą mogliby Mu godnie ofiarować. Dla wcielonego Boga świat może sporządzić jedynie koronę cierniową. Syn nie może działać według oczekiwań ludzi, ale planu Ojca. Nie startuje w demokratycznych wyborach na czele partii by zdobyć poklask gawiedzi. Nie jest zakładnikiem tłumu i jego aprobaty. Jego celem nie jest bowiem zrealizować ludzką wolę – ale ją zmienić.

Problemem Izraela nie było bowiem niespełnienie własnych oczekiwań na Królestwo Boże tu i teraz, na ostateczną i niezwłoczną immanentyzację Eschatonu (o której pisze wybitny filozof Eric Voegelin). Innymi słowy, Żydzi oczekiwali błyskawicznego nastania raju na ziemi – ale nie tego naprawdę potrzebowali. Ich wyciągnięte błagalnie ręce pozostawały puste, ale istotą ich upadku było to, że wyciągały się ku czemuś innemu niż sam Bóg. Domagali się zapełnienia innej pustki niż tej w ogołoconym przez grzech sercu.

Chrystus wyniesiony na tron przez suwerenny lud byłby antychrystem; jedynie przywódcą kolejnej ludzkiej rebelii, wiodącym niezmiennie zbuntowaną przeciw Bogu ludzkość na barykady. Dlatego właśnie tak dobrze znane nam “uznanie Chrystusa za Pana swojego życia” nie może mieć miejsca bez uprzedniego zrozumienia tego kim On jest i co uczynił. Przychodzimy do Chrystusa na Jego warunkach – a zatem nie poprzez podniesioną rękę, ale ugięte kolana. Jako petenci, a nie klienci lub dzierżący listę roszczeń przywódcy związku zawodowego grzeszników. Bez dostrzeżenia w Jezusie Boga, który “przyszedł do swojej własności” (Ewangelia Jana 1, 11), by zgładzić jej winy i objąć ją w posiadanie, akt intronizacji Chrystusa może odbyć się bez… Niego. On wymyka się tym, którzy dopatrują się w Nim gwaranta ich zachcianek. Pan nie potrzebuje ani wyborców, którzy dają Bogu swoje “tak” w zamian za obfite minimum socjalne Królestwa Bożego, ani kaznodziejów którzy by ten zestaw błogosławieństw obiecywali. Dokonywanie takich zbawiennych “decyzji” zakłada bowiem istnienie w człowieku siły sprawczej, dzięki której człowiek ten może na mocy swojej decyzji sam opuścić królestwo ciemności i wkroczyć do Królestwa Bożego. Tymczasem tym, który przenosi nas z ciemności do światłości jest… Ojciec! Nasze nawrócenie i postanowienia są efektem pracy Jego Ducha w nas, która powstaje w wyniku słuchania poselstwa Ewangelii. Skoro zaś dziełem Ojca jest wywyższenie Syna w ludzkich sercach – być może powinniśmy częściej poszukiwać nie tyle zwiastowania najskuteczniej nakłaniającego ludzi do podejmowania „zbawiennych decyzji”, ale raczej tego, które najbardziej wywyższa Jezusa Chrystusa?

Tymczasem obawiam się, że w dzisiejszym zwiastowaniu zakłócona została równowaga pomiędzy głoszeniem kim jest Chrystus a wzywaniem do nawrócenia. Przedstawienie podstaw Ewangelii formuje umysł człowieka i uświadamia mu czym jest (a czym nie jest) Dobra Nowina. Dopiero wtedy można nawoływać słuchaczy do upamiętania i “oddania życia Jezusowi”. Nie da się obejść tej drogi. “Nawrócenie” dokonane bez takiej świadomości, a wywołane raczej czynnikiem emocjonalnym lub pobudzeniem mechanizmu apetencyjnego może budzić zastrzeżenia co do jego realności – czy podnoszący rękę w górę w trakcie “wezwania do przodu” nie jest w wielu przypadkach (nie zawsze oczywiście!) takim właśnie galilejskim wyborcą? Nie chodzi tutaj rzecz jasna o dezawuowanie muzyki czy innych środków opcjonalnie towarzyszących zwiastowaniu – ale o wyraźne podkreślenie, że nie mogą one zastąpić poselstwa Ewangelii, nie mogą upoważniać do jej upraszczania! Skąd wiemy, czy “modlitwie grzesznika” nie przyświecały inne motywy, jeśli wcześniej nie określiliśmy jasno dlaczego tak naprawdę człowiek potrzebuje Zbawiciela?

Oczekiwano, że Mesjasz przybędzie z mieczem w dłoni. Jednak Jego przeznaczenie było inne; skoro w samej istocie tragedii człowieczeństwa leżała nie jego niemoc, ale jego grzeszność – moc w złym – przyniósł on miecz nie by wręczyć go dłoni człowieka, ale by przeszyć nim jego duszę, co zapowiedział Symeon Matce naszego Pana (Ew. Łukasza 2, 35). Nie świat miał stanąć w płomieniach świętej wojny, ale serce – w którym roznieci się ogień Bożej miłości.

Rozpalenie go nie było jednak możliwe przez cuda, znaki, prawdziwą naukę ani nawet doskonały przykład, ale tylko przez ofiarę. Jeśli wszyscy ludzie byli zainfekowani grzechem, Pan by ich zbawić, nie mógł stanąć na ich czele, ale naprzeciw nim. Dlatego Jezus umknął przed swoimi wyborcami w Galilei, ale wyszedł naprzeciw oprawcom w Getsemane.

Właśnie z tego powodu i my przychodząc po raz pierwszy do Chrystusa, nie możemy stawać przed Nim inaczej jak winowajcy proszący o odpuszczenie, jak grzesznicy błagający o oczyszczenie, jak umarli wołający o ożywienie. Nasze ręce są puste, nasze “ustawy znoszące duchowe ubóstwo” nie mają znaczenia. Nasze zbawienie zależy wyłącznie od Bożego zmiłowania i dane jest tym, którzy to zrozumieli, zapominając o mocy własnych decyzji.

Gdy to zrozumiemy i zastosujemy – On sam będzie działał.