Wielki Piątek. Ostateczny podział.

Historia Wielkiego Piątku jest skomplikowana. Kolejne postaci przetaczają się przez nią jak w kalejdoskopie, rozbłyskując na chwilę swoją fatalną lub słuszną postawą, by potem zniknąć z relacji Ewangelistów.

Pośród oprawców Chrystusa widzimy ludzi każdej proweniencji. W jednym miejscu wspólny wyrok wydaje religijno-polityczna elita Judei, sprzysiężona w imię swej małej prawdy przeciwko osobowej Prawdzie. Gdzie indziej rozbrzmiewa szyderczy śmiech znudzonego i rozczarowanego sławnym Galilejczykiem króla Heroda. Tu wątpiący agnostyk – jeden z tych, którzy zawsze się wahają i w końcu zawsze decydują źle – w postaci Poncjusza Piłata ostatecznie przychyla się do żądań wściekłego tłumu, składając milczącego Żydowskiego Króla na ołtarzu doczesnych interesów. Tam zupełnie areligijni rzymscy żołnierze skwapliwie dołączają się do kaźni, gotując przekazanemu im Więźniowi cierniową koronę i lawinę drwin. Tłum mieszkańców Jerozolimy, którzy jeszcze kilka dni temu wiwatowali na cześć swojego wymarzonego monarchy, teraz wykrzykuje “Nie mamy króla, tylko cesarza!”. Wiszący obok Ukrzyżowanego skazaniec rzuca swoje ostatnie tchnienie przeciw Niemu, miotając bluźnierstwa i kpiny. Listę zabójców Jezusa ostatecznie otwiera zaś nikt inny jak jeden z jego najbliższych uczniów – apostoł Judasz Iskariota.

Ludzi tych różni właściwie wszystko poza jednym – są właśnie ludźmi. Solidarnie sprzymierzonymi przeciw Bogu spiskowcami, knującymi zabójstwo Jego Jednorodzonego Syna. Ewangeliczna historia pokazuje, że nie ma właściwie żadnych grup społecznych – od góry do dołu i od religijnych żydów do areligijnych pogan – które nie odrzucałyby prawdy i nie tłumiły jej przez swą własną złość. Grzechu nie da się bowiem zlokalizować w ramach konkretnej grupy ludzi, nie da się znaleźć żadnej wyróżniającej się konkretnymi zewnętrznymi cechami gromady “bogobójców” – to cała ludzkość jest schronieniem zła a przysłowiowa “jaskinia zbójców” jest większa niż sądzimy; mieści w sobie nas wszystkich.

Historia ta ma jednak także swoje drugie dno – nie ma bowiem także i grupy, gdzie nie znalazłyby się osoby, których oczy nagle rozbłysły Bożym światłem. Nie ma miejsca, gdzie nie dotarłaby Boża łaska. Bo oto, obok Poncjusza Piłata stoi jego żona – obdarzona duchowym wglądem w tajemnicę Sprawiedliwego i daremnie próbująca powstrzymać swojego męża przed wydaniem feralnego wyroku. W zgiełku krzyczącego tłumu zaciera się rozdzierający płacz kobiet, które wiedzą jak wielką krzywdę naród wyrządza swojemu Królowi. Bluźnierstwa dobywające się z ust jednego z ukrzyżowanych łotrów nagle przerywa rozdzierające wyznanie win i wiary ze strony drugiego. A na widok śmierci Sprawiedliwego, nawet z ust rzymskiego setnika wyrywają się słowa prawdy: ten człowiek był Synem Bożym. Gdy zaś jest już po wszystkim, na Golgotę przybywa – czy to możliwe? – członek Najwyższej Rady, Józef z Arymatei. I to on właśnie zostaje opiekunem Najświętszego Ciała, z którego uszło już życie. Przybywa faryzeusz Nikodem, niosąc maści i próbując chociaż w ten sposób wyświadczyć przysługę uśmierconemu Mesjaszowi.

Niewiele z tych osób zaczęło dobrze – był czas, gdy nie różnili się pewnie od ich oddalonych od Boga przyjaciół i znajomych. Po drodze coś się jednak stało a ich serca uległy przemianie. Nie byli oni dobrymi postaciami w tej historii od samego początku – gdzie był Józef z Arymatei, gdy Sanhedryn uchwalał ostateczny wyrok? Jakie niechlubne okoliczności zaprowadziły Dobrego Łotra na krzyż? Gdy nadszedł jednak właściwy czas, ich serca nagle musnął powiew Łaski – upamiętali się i dziś wspominamy ich z życzliwością. Lecz warto zdać sobie sprawę z tego, że ponownie niewiele łączyło zewnętrznie tych ludzi – czy bylibyśmy w stanie pomylić zamożną pogankę – żonę Piłata z czczącymi jedynego Boga ubogimi żydówkami? Prawdziwie, tak samo jak nie sposób jest zlokalizować grzech na drabinie społecznej, tak samo niemożliwe jest znalezienie na niej źródła łaski. Grzech wypływa bowiem z serc wszystkich jej elementów a łaska z żadnego – pojawia się jak tajemniczy wiatr i ma moc ogarnąć każdego. Religijnego i niereligijnego, bogatego i biednego, prostego i wysublimowanego, Apostoła i grzesznika.

Ostatecznie bowiem liczy się jedno egzystencjalne kryterium, przecinające w poprzek wszystkie społeczne podziały i odbierające nam wszelką możliwość wysuwania prostych sądów i wygodnych opinii. Kryterium, które ostatecznie oddziela potępionych i wybranych. Liczy się bowiem, co zrobimy z Ukrzyżowanym Jezusem.