Sprawiedliwość i miłosierdzie

Mówiąc ogólnie, istnieją tylko dwa filary każdej religii; sprawiedliwość oraz miłosierdzie. Są one tak ważne, że właściwie każdy światopogląd czy filozofia postrzegania rzeczywistości muszą w jakiś sposób do nich nawiązywać.

Brzemię sprawiedliwości

Sprawiedliwość podkreśla nieprzejednane i wieczne prawo przyczyny i skutku. Jej hymnem jest Boska logika zbrodni i kary. Zauważa (lub może raczej uznaje) ona, że dany styl życia, uczynek czy postawa jest lepszy od pozostałych i werbalizuje to – dokonuje wartościowania. Na jego podstawie, zgoła “nietolerancyjnie” buduje określony model życia. Jest zatem jedyną siłą zdolną porządkować chaos i cokolwiek zbudować – bez względu na to, czy jest to rodzina, społeczeństwo, kultura czy państwo. Wedle klasycznej definicji Ulpiana jest “określoną i stałą wolą rozdzielania każdemu tego, co mu się należy”. I rzeczywiście, sprawiedliwość oddaje każdemu to, na co ten zasługuje. Chyli czoło przed dobrem i dobrymi, pozostaje bezwzględna wobec zła i złych, zauważając że grzesznik w pewien sposób dokonuje auto-degeneracji, staje się nie w pełni człowiekiem.

Być może jednym z jej najbardziej sugestywnych symboli w pop-kulturze jest Javert; oficer francuskiej policji w powieści Viktora Hugo (a także stworzonym na jej podstawie musicalu) “Nędznicy”. Nieprzejednany i konsekwentny wykonawca prawa, z całą surowością karzący grzech, ścigający grzeszników przez dziesięciolecia mężczyzna doskonale oddaje ten ideał, o którym mówię. Patronami Javerta są gwiazdy – wiernie trwający na posterunku stróże porządku, oświetlający dziejące się w niej występki.

Sprawiedliwość logicznie wskazuje zatem na świętość i transcendencję Boga. Jest nieskończenie sugestywna, ponieważ dotyka istoty tego, kim jest On – Święty, Święty, święty, “przed którego obliczem pierzchła ziemia i niebo” (Apokalipsa 20,11). Kim byłby Bóg, który nie płonąłby świętym oburzeniem na zło? Który, niczym obojętny ojciec lub niedołężny starzec przymykałby oczy na ogrom nieprawości? Który odwracałby bez gniewu wzrok od świata, w którym panuje mord, zdrada, kradzież, gwałt i kłamstwo? Który nie planowałby postawić pewnego dnia całej historii i jej twórców przed swoim Trybunałem? Prawdziwie, Sąd Ostateczny i piekło nie mogą istnieć bez sprawiedliwości – a sprawiedliwość nie może istnieć bez nich. W tym świecie bowiem nie znajdziemy ani słusznej kary dla złych, ani należytej nagrody dla dobrych.

Podsumowując, religia w doskonały sposób wskazująca na niezmienne i wzniosłe normy jest sama w sobie potężnie żywotna, ponieważ jest twórcza, a przy tym współgra ze świadectwem sumienia i rozbudza w ludziach potężne pragnienie zbawienia oraz bojaźni przed Najwyższym. Można wręcz powiedzieć, że sprawiedliwość jest matką i żywicielką religii. Gdzie jest ona, tam rodzi się modlitwa, pokuta, rytuał, ofiara – zabiegi człowieka usiłujące sprostać jej wymaganiom. Jak podają badania Uniwersytetu Connecticut, wspólnoty religijne o surowszych standardach moralnych, obyczajowych i obrzędowych mają większe szanse przetrwania niż te zinfiltrowane przez liberalizm. Kto by w to powątpiewał, niech uda się na Bliski Wschód, gdzie w XXI wieku porażeni świętością Allacha muzułmanie 5 razy dziennie biją pokłony temu, który jest “Królem dnia Sądu”, jak mówi islamska modlitwa.

Sprawiedliwość ma jednak jedną słabość – potraktowana poważnie, jest ciężarem nie do udźwignięcia. Pośród grzmotów i burzy nakłada na człowieka Prawo, które – choć słuszne i święte – nie jest przez niego doskonale osiągalne. A jej nie obchodzą półśrodki – wymaga nieskalanego posłuszeństwa lub kary. Jej standardy są nie do spełnienia z powodu grzechu pierworodnego. Na każdym z ludzi ciąży bowiem wewnętrzna skaza upadku, której nie jest w stanie zmazać żaden samodzielny wysiłek. W żadnym sądzie dobry czyn nie jest w stanie znieść odpowiedzialności za zły. A nikt z nas nie jest wolny od gniewu, nienawiści, pychy czy obłudy. Czy sprawia to, że przewinienia te są mniej niegodziwe? Wprost przeciwnie! Sprawiedliwość bowiem jest anty-demokratyczna. W świetle powszechnego upadku człowieka, tym wyraźniej widzimy ogrom i niegodziwość zła. Mówiąc krótko, jeśli za występek przysługuje pomsta, woła o nią cały świat.

Nieznośna lekkość… miłosierdzia

Istnieje jednak również miłosierdzie. Głosi ono rzecz niepojętą, a jednak konieczną – przerywa fatalny łańcuch niegodziwej przyczyny i fatalnego skutku. Powstrzymuje wznoszącą się do wymierzenia kary dłoń sprawiedliwości. Widząc pole pszenicy i kąkolu, nie podejmuje się wyplenienia chwastu. Wstrzymuje się z osądem człowieka – niezależnie od jego uczynków. Uspokaja sumienie zatrwożone przez winę. Jest bezwarunkowe. Podkreśla ludzką wolność wyboru. Wierzy w zmianę na lepsze i siłę człowieka by być dobrym, o ile tylko zostaną zapewnione odpowiednie warunki. Dostrzega, że w pewien sposób, człowiek pozostaje człowiekiem bez względu na własne postępowanie.

Konsekwentnie, religia głosząca miłosierdzie akcentuje immanencję Boga i Jego wyrozumiałość. Zdaje się trafiać w sedno, ale z zupełnie innych powodów niż religia sprawiedliwości – ta wskazuje bowiem na to, czego upadły człowiek w istocie potrzebuje; odpuszczenia grzechów i zbawienia. Idealnie uspokaja rozdygotane przez własny upadek serce. Odsuwa w dal płomienie piekła. Czyni rzeczywistość lżejszą, pozbawioną nieznośnego brzemienia winy i kary. Jest wyzuta z wojowniczości lub aktywizmu – pozostaje pasywna i afirmująca każdego człowieka, ale także każdą postawę i uczynek. Kim jestem aby sądzić? – woła tolerancyjnie miłosierdzie, wstrzymując się z wartościowaniem. W tej religii nie ma konieczności – jest tylko wolność. I choć ona sama nie śmie tytułować się religią (która za bardzo kojarzy się z posiadającym pewien element surowości systemem), wciąż nią jest.

Jeśli chce się spojrzeć na świat zbudowany na miłosierdziu właśnie, przed oczami stanie nam dzisiejszy świat Europy i Ameryki Północnej. Kto jak nie świat demokracji, praw człowieka i liberalizmu akcentuje konieczność akceptowania człowieka w jego faktycznym, “surowym” stanie? Kto, szermując hasłami o tolerancji, domaga się ustania wszelkiej krytyki (która ostatecznie zawsze sprowadza się właśnie do pojęcia sprawiedliwości) alternatywnych wobec tradycyjnego sposobów życia? Kto równie mocno podkreśla, iż lekiem na bolączki świata jest nie więcej obowiązków, a więcej praw (czyli więcej miłosierdzia) – i używając dostępnych w doczesnej rzeczywistości środków, nieuchronnie zwraca się w stronę pomocy ze strony państwa? Ono zaś rozpowszechnia ten lek w postaci “darmowej” opieki socjalnej czy tworzonych naprędce instytucji prawnych, umożliwiających realizację dowolnych zamierzeń człowieka (wystarczy wymienić tu tzw. “małżeństwa jednopłciowe” lub “prawo do aborcji”). Wszak jeśli natura człowieka jest dobra (lub staje się dobra, jeśli tylko obdarzymy ją miłosierdziem) oraz nie ma czynów złych w swojej naturze, po co krępować go zbędnymi zakazami sprawiedliwości? Powściągnijmy osąd i dajmy wolność! Uczyńmy sprawiedliwość sprawą osobistą a miłosierdzie dobrem wspólnym – wołają piewcy “nagiej” łaski, którzy z państwowych przywilejów socjalnych oraz prawnych czynią niemalże sakramenty własnej quasi-religii, w której złem jest właściwie głównie system oparty na sprawiedliwości, zabranianiu, wartościowaniu, osądzaniu. Bo miłosierdzie działa odwrotnie – pozwala, akceptuje, zrównuje. Dzisiejsza wizja państwa dobrobytu i tolerancji jest właśnie konsekwencją światopoglądu przedstawionego powyżej.

Takie miłosierdzie jest jednak ze wszech miar zgubne. Nie czyniąc wyraźnego rozróżnienia między dobrem a złem i zalewając wszystko morzem akceptacji, uniemożliwia dokonanie prawdziwych zmian na lepsze, ponieważ ich zajście zakładałoby istnienie rzeczywistości, z której trzeba się wyrwać. Nie leczy ono żadnego zła – wprost przeciwnie, jeszcze je konserwuje i legitymizuje. Wprowadza równość w świecie bezdroży. Dodatkowo, nie jest w stanie stać się sztandarem, wokół którego zgromadzą się gotowi do walki o lepszy świat ludzie. Nie powinno dziwić, że świat Zachodu, choć tak idylliczny w zamierzeniach, staje się rajem którego nikt nie chce bronić, utopią która zamiast krzepić – tuczy człowieka.

Gdzie zbieżność przeciwieństw?

Bo w rzeczywistości nie jest możliwe żyć w świecie bez sprawiedliwości, tak jak nie jest możliwe żyć bez miłosierdzia. Religia sprawiedliwości jest nieskończenie żywotna, lecz sama nie daje życia – nie posiada siły zbawczej, bo ta realizuje się tylko w miłosierdziu. Praktykowanie jej będzie zawsze podszyte rozpaczą, a na jej ołtarzu nadal ginąć będą islamscy samobójcy-męczennicy, próbujący do samego końca zaspokoić żądania Boga. Tymczasem religia miłosierdzia zdaje się dawać życie, ale sama go nie ma – nie posiadając wymagań, nie ma żadnej siły trwale ją konstytuującej. W tym świecie jest niemożliwością, schizmą bytu, jak plastycznie określił to Joseph de Maistre, pisząc o rzeczywistości zbudowanej przez rewolucję liberalizmu.

Jeden ideał bez drugiego to tylko bożek – rozszczepione na dwoje światło Boga. Sprawiedliwość bez miłosierdzia to wyrok na człowieku – miłosierdzie bez sprawiedliwości to przyzwolenie na zło. Ich spotkanie zaś to strzelanina w redakcji “Charlie Hebdo” – strzelają znawcy samej tylko sprawiedliwości i ignoranci co do miłosierdzia, które nie chce śmierci grzesznika. Giną zaś specjaliści od dającego wolność miłosierdzia i ślepcy w świecie sprawiedliwości, która rozlicza wykorzystanie wolności i nie daje pozwolenia na bluźnienie Bogu.

Czy ten stan rzeczy ma coś wspólnego z chrześcijaństwem? Nie jest przypadkiem, że zarówno sprawiedliwość jak i miłosierdzie są w szczególny sposób wydestylowane właśnie w islamie i lewicowym liberalizmie; jeśli można użyć tego śmiałego sformułowania, obie są pewnego rodzaju spokrewnioną z chrześcijaństwem herezją i nie powstałyby, gdyby nie ono. Pierwsze zrodziło się poprzez zabranie miłosierdzia i pozostawienie sprawiedliwości, drugie poprzez usunięcie sprawiedliwości i wywyższenie miłosierdzia. Zwróćmy uwagę, że tak modny w naszym kręgu kulturowym świecki humanizm jest zupełnie niezrozumiały i odrzucany przez kultury, którym obce jest chrześcijańskie dziedzictwo; dlatego płomienne apele różnej maści ateistów i antyklerykałów, by zastąpić wiarę w Boga wiarą w człowieka trafiają w próżnię, a doświadczenie pokazuje, że ci którzy przestają wierzyć w Boga, szybko tracą wiarę także i w człowieka. Zabiegów destylacji nie sposób dokonać – bo sprawiedliwość oczekuje na miłosierdzie, a miłosierdzie blaknie bez sprawiedliwości.

Idąc dalej – jak Objawienie, które daje nam Bóg, rozprawia się z przedstawioną powyżej sprzecznością? W jaki sposób godzi to, co wydaje się być nie do pogodzenia? W świecie tak oszalałym na punkcie jednej z idei, konieczne jest ponowne ujrzenie prostej, choć zachwycającej prawdy. Została ona doskonale ukazana na dołączonym do artykułu fragmencie obrazu “Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga, gdzie aniołowie unoszący się po prawicy i lewicy Chrystusa trzymają kolejno lilię zmiłowania oraz rozżarzony miecz sprawiedliwości. Prawdziwie, Bóg to “Sędzia sprawiedliwy i Bóg karcący” (Psalm 7, 11), lecz także Ten, który jest “Bogaty w miłosierdzie” (List do Efezjan 2, 4). Chrystus i Jego Kościół w doskonały sposób wspiera się na obu ideach, urzeczywistnionych w Prawie i Ewangelii; niczym ewangeliczna sól, nie może nigdy ani zwietrzeć, ani być podeptana przez ludzi. Prawo (zwane także “Zakonem”) jest Bożą sprawiedliwością, zaś Ewangelia – Jego miłosierdziem. W historii natomiast istnieje tylko jeden moment, w którym elementy te doskonale się zbiegają i w którego świetle możemy doskonale zrozumieć ich harmonię; nastąpiło to prawie 2000 lat temu, gdy na krzyżu Golgoty zawisł jednorodzony Syn Boży. Druga taka chwila nadejdzie właśnie na końcu czasów, gdy wszyscy staniemy przed Bożym Tronem. A wówczas usłyszymy słowa ułaskawienia lub potępienia.

O Prawie i Ewangelii jako chrześcijańskiej odpowiedzi na problem wypadałoby powiedzieć znacznie więcej. Ale to dopiero w następnym wpisie.