7 lat wiary i dojrzewania (cz. II)

Za mną 7 młodych lat spędzonych z Chrystusem – trzem wyniesionym z tego czasu owocom już zdążyliśmy się przyjrzeć. Co z pozostałymi czterema? W jaki sposób Bóg odciska się na fundamentalnych postawach życiowych w okresie dojrzewania? Idźmy dalej.

  1. Chrystus uczy wdzięczności.

Żyję. Istnieję. Kiedy dorastam i nabieram samoświadomości, muszę się jakoś do tego faktu ustosunkować. W ten sposób kształtują się podstawy podejścia do życia. Właściwie mogą być one zbudowane tylko na jednym z dwóch dostępnych fundamentów.

Pierwszym z nich jest pycha, objawiająca się w roszczeniowości. Drugim jest wdzięczność – za którą naturalnie idzie pokora. Pierwsza wykrzykuje “Coś mi się od życia należy!”. Druga szepcze “Coś jestem winna Dawcy Życia”. Pierwsza wylicza swoje prawa, druga przyjmuje swoje obowiązki. Pierwsza umieszcza swoje żądania na rewolucyjnych sztandarach i jest gotowa zbrojnie szturmować bramę Raju, zaś druga graweruje Boże żądania na swoim herbie. Pierwsza wyje “Non Serviam!” (“Nie będę służyć”), druga cieszy się słysząc Słowo: “Oznajmiono ci, człowiecze, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem.” (Księga Micheasza 6, 8). Wdzięczność wie bowiem, że alternatywą dla obowiązków Życia nie jest “złota wolność szlachecka”, ale brak życia.

Z wdzięcznością różnie bywa; z jednej strony, naturalnie sprzyja ona wykiełkowaniu wiary w dobrego Boga; jak napisał G.K. Chesterton, “Najtrudniejsze chwile przeżywa ateista wtedy, kiedy czuje się głęboko wdzięczny, ale nie wie, komu ma dziękować”. Z drugiej zaś strony, pycha potrafi stać się ekspresową drogą do “praktycznego” ateizmu; życia tak jakby Bóg nie istniał i jakbyśmy nie byli Mu nic winni. Jak straszny to los!

Mechanizm działa też jednak w drugą stronę. Bez Chrystusa pokora i wdzięczność nagle tracą swoją silną pozycję. Fakt, że Twoja matka codziennie przygotowuje Ci z miłością obiad, staje się oczywistością – niegodną, by poświęcić jej chwilę uwagi. To, że budzę się rano na dźwięk budzika, wstaję o własnych siłach i mogę spędzić dzień w pełni sił, bardzo łatwo może stracić dla nas posmak daru. Potrzebny jest dopiero delikatny szept Ducha, by dostrzec we wszystkim wymiar łaski.

Być może niektórzy z Was nie mają tego problemu. Być może jesteście wtajemniczeni we wdzięczność innymi drogami. Nie będę próbował z Wami polemizować. Wiem jednak, że wdzięczność jest trafnym znakiem właściwej postawy życiowej. Z drugiej zaś strony, jest coś głęboko znamiennego w tym, że na transparentach różnych szalonych ideologii tego wieku, które próbują legitymizować rozmaite błędy i nieprawości, widnieje zawsze angielskie “pride” – a nigdy “gratitude”. Za zło nie da się bowiem być wdzięcznym – i być może po tym można poznać, że to zło…

  1. Chrystus odnawia młodość ducha.

Młodość – to prostota i szczerość. Wrogość do hipokryzji czy przerostu formy nad treścią. Młodość to optymizm; przekonanie, że ten świat da się zmienić na lepsze. Młodość to idealizm – wiara w wartości wyższe od konsumpcjonizmu. Młodość to entuzjazm; chęć do próbowania nowych rzeczy i podejmowania kolejnych wyzwań.

Wszystkie te rzeczy razem tworzą jasną stronę młodego wieku. Z drugiej strony, dojrzałość przynosi z kolei niezbędną dozę realizmu i wysublimowania. Starszy człowiek zauważa większą złożoność rzeczywistości i lepiej mierzy siły na zamiary. Bardzo często jednak nie udaje już mu się zachować przy tym wcześniejszej energii i nieskomplikowanej wiary. Ot, starość nie radość.

Co jest sposobem na zachowanie świeżości? Myślę że odpowiedź kryje się w sekrecie miłosnej relacji. Człowiek doświadczający największego z cudów – Bożej łaski działającej w swoim życiu – będzie wierzyć w inne cuda. Chrześcijanin uwielbiający Niewidzialnego nie porzuci wzniosłych ideałów dla błyskotek tego świata. Oblubienica, która wciąż ponad wszystko inne cenić będzie bliskość Oblubieńca, nie utraci swojej prostoty – nawet jeśli jej rozum stanie się bystrzejszy a myśli poważniejsze. Innymi słowy, by zachować jedyną w swoim rodzaju młodzieńczość ducha – potrzebujesz Chrystusa!

Choć brzmi to paradoksalnie – to istniejący odwiecznie Bóg jest także nieskończenie młody. Czoła zmartwychwstałego Zbawiciela nie pokrywa najmniejsza zmarszczka, a Jego serce płonie goręcej niż serca wszystkich nastolatków razem wziętych. Gilbert Keith Chesterton opisał tę prawdę następująco “My przecież zgrzeszyliśmy i zestarzeliśmy się; nasz Ojciec jest młodszy od nas”. Nic dziwnego, skoro nasz Bóg sam jest Trójjedyny, czyli właśnie pełen wzajemnej miłości trzech Osób Boskich – Jego naśladowcy z pewnością będą podobni! “On nasyca dobrem życie twoje, Tak iż odnawia się jak u orła młodość twoja.” (Psalm 103, 5)

  1. Chrystus wyostrza sumienie.

Czy psychika człowieka jest zorientowana na dotarcie do prawdy? Czy jesteśmy ludźmi, dla których rzetelna analiza faktów oraz uczciwy rachunek sumienia są czymś priorytetowym? Niezliczone psychologiczne badania dowodzą, że NIE. Nasze głowy są nabite niezliczonymi mechanizmami obronnymi, których celem jest ochrona roszczącego sobie pretensje do nieomylności i bezgrzeszności ego. W niejednoznacznej sytuacji moralnej jesteśmy w stanie natychmiast założyć, że to nie my zawiniliśmy, że odpowiedzialny jest ktoś inny. Jeden z najlepszych współczesnych psychologów moralności Jonathan Haidt podsumowuje tę prawidłowość następująco: “Odkryłem, że jestem notorycznym kłamcą. […] Od dawna żartowałem sobie z tego, że moja żona ubarwia historie, aby je udramatyzować, kiedy opowiada je znajomym. Potrzebowałem jednak dwudziestu lat badania psychologii moralności, aby zauważyć, że sam postępuję podobnie. Wreszcie zrozumiałem – nie tylko na poziomie intelektualnym, ale także intuicyjnie, z otwartym sercem – napomnienia mędrców z tak wielu epok i kultur, którzy przestrzegali nas przed przekonaniem o własnej cnotliwości i nieomylności” (J. Haidt, Prawy umysł, s.85.88)

Nic dziwnego, że jesteśmy właśnie tacy – wszak stoją za nami tysiące lat doświadczenia. Od kiedy wzięty w krzyżowy ogień kłopotliwych pytań Pana Boga Adam wykrztusił z siebie wykrętną odpowiedź “Kobieta, którą mi dałeś, aby była ze mną, dała mi z tego drzewa i jadłem” (I Moj 3, 12), sztuka wybielania się kosztem innych stała się naszą specjalizacją. Człowiek jest mistrzem samooszukiwania i uciszania własnego sumienia.

Dlaczego to ważne? Ponieważ bez umiejętności zajrzenia w siebie nie możemy zmieniać się na lepsze; jesteśmy jak okręt z uszkodzonym sterem, który nie jest zdolny do zmiany kierunku. Nie potrafimy zawrzeć międzyludzkiego pokoju inaczej niż poprzez bezwarunkową kapitulację drugiej strony. Budując życie na fundamencie niezliczonych kłamstw, pół-prawd i wymówek, stajemy się po prostu ludźmi, z którymi nie da się normalnie żyć. Prawdziwe pojednanie jest możliwe bowiem tylko po stanięciu na twardym gruncie prawdy; w świetle której wyłączają się mechanizmy obronne ego. Młodość zaś, jako czas wielu prób i błędów oraz “docierania się” w relacjach z członkami rodziny, przyjaciółmi czy ukochaną/ukochanym, koniecznie wymagają sprawnego sumienia.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na Chrystusa? Nie chodzi tu tylko o to, że nasz Pan dobrze wiedział o tej przykrej cesze człowieka, przestrzegając przed tropieniem cudzych źdźbeł zamiast własnych belek. To także coś więcej – spotkanie z Jezusem wkłada w nas bowiem dogłębną (nie tylko teoretyczną) świadomość naszej ułomności. Jeśli w naszym życiu On jest naprawdę obecny, wówczas stracimy dotychczasowy komfort babrania się w brei naszych usprawiedliwień. W historii świata wielu władców popełniało różnorakie zbrodnie, lecz to właśnie do króla Dawida przybył posłany przez Boga prorok Natan z przeszywającą naganą “Ty jesteś tym człowiekiem!” (II Sam 12, 7). To Ty jesteś “tym złym”. Ty jesteś winny! Obecność Boga zawsze pociąga za sobą pojawienie się takich  napomnień, gdy zaczniemy schodzić na złą drogę. Sumienie chrześcijańskie jest jak starotestamentowy prorok – nie będzie milczeć, gdy dostrzeże grzech. Skończy się udawanie, że za kłótnię z rodzicami odpowiedzialni są tylko oni; nagle Duch Święty ukaże nam bowiem także naszą własną winę, otwierając tym samym drogę do prawdziwej pokuty i uczciwego pojednania. Okręt znowu odzyska pełną sterowność.

My – upadli ludzie – nie potrzebujemy Chrystusa, by dostrzegać źdźbła w oczach bliźnich. Potrzebujemy Go jednak w czymś znacznie ważniejszym – w dostrzeżeniu naszej osobistej belki. Potrafimy sami dostrzec winowajców – ale potrzebujemy Jego, by dostrzec go również w sobie.

  1. Chrystus koi cierpienie.

Młodość jest pełna niesłychanie intensywnych emocji. To indywidualny “Sturm und Drang” – okres burzy i naporu, w którym uczucia szaleją niczym wzburzone fale chłoszczące skalisty brzeg. Euforia, melancholia, zakochanie, rozpacz, nostalgia czy samotność – ciężko mi uwierzyć, że te uczucia są Wam obce. Mi w każdym razie nie były. Tęczowe okulary emocji sprawiają, że każde wydarzenie wydaje się dużo bogatsze w treść. Muzyczny utwór jest w stanie wywołać w nas pesymistyczną refleksję nad życiem a nieodwzajemnione uczucia, z których już za kilka miesięcy będziemy się sami śmiać, teraz wydają się krwawić jak śmiertelna rana. Tymczasowa samotność urasta do rangi wieczystej alienacji, na którą jesteśmy skazani.

Ale przecież nie zawsze chodzi o wyolbrzymianie – wielu młodych ludzi zderza się z rzeczami, które zupełnie zrozumiale zwalają z nóg. Choroba lub rozwód rodziców, prześladowanie w szkole, depresja – nie trzeba ich przeżyć, by wiedzieć, że to nie drobiazgi.

Wszystko to potrafi nas mocno poturbować – tak mocno, że czujemy się jakbyśmy byli ze szkła, którym ktoś właśnie się zamachnął i potłukł je na kawałki. Jak wielkim bólem jest widzieć – na przykład – że postawione przez nas rusztowania, na których chcieliśmy wznieść swoje życie, rozlatują się jak domek z kart? Człowiek nie został stworzony do tego rodzaju cierpienia – nie potrafi zatem go znieść.

Ale pośród ruin, choćby nawet miały pozostać mi tylko one, nadal stoi jedna, najprostsza i najbardziej niepojęta konstrukcja. Stoi, ponieważ nie ja ją wzniosłem. Ona nie zawali się nigdy. Jest to konstrukcja Krzyża, na którym 2000 lat temu zawisł Mąż Boleści. Pod nim mogę odpocząć i zostać uzdrowiony przez Tego, który wie najlepiej czym jest cierpienie. Mogę wreszcie przestać się kulić przed ciosami życia i rozpostrzeć ręce, obejmując daną mi miłość – bo i ręce jej Dawcy są rozciągnięte tak szeroko jak to tylko możliwe. Zdolne objąć mnie z całym bagażem mojego i cudzego grzechu. A potem mogę się podnieść i iść dalej.

Nie jestem w stanie zliczyć ile razy Jezus przychodził i składał mnie z powrotem do kupy, z cierpliwym miłosierdziem sklejając odłamki potłuczonego szkła. Nie jestem też w stanie zliczyć znanych mi osób, które z nieodmiennym blaskiem w oczach opowiadały tę samą historię – człowieka, którego z egzystencjalnego dna podźwignęła Jedyna Miłość.

Podsumowanie

Mam nadzieję Czytelniku, że powyższe długie wyliczenie nie zmęczyło Cię, ale że raczej mogłeś w nim odnaleźć także siebie – myślę bowiem, że przez wiele młodzieńczych prób przechodzi(li)śmy wspólnie. Potraktuj ten tekst raczej jako zachętę, by to w Chrystusie szukać pomocy niezbędnej do stawienia czoła burzom młodego wieku.

Tekst ten jest jednak także ostrzeżeniem. Wszystkie przeciwieństwa Bożych łask, o których tu pisałem – a zatem nuda, niezrozumienie rzeczywistości, niewola żądz, roszczeniowa pycha, szybkie przemijanie młodości ducha, zatwardziałość oraz słabość wobec cierpienia – mogą z dużym prawdopodobieństwem stać się i Twoim udziałem, jeśli w Twoim życiu zabraknie obecności Dobrego Pasterza. Bo widzisz, grzech – pomimo swoich obietnic – zawsze sprawia, że przeistaczamy się w karykaturę samych siebie. Dopiero z Jezusem zaś stajemy się w pełni sobą.

Pamiętaj o tym!