Sumienie między zatwardziałością a oczyszczeniem

W poprzednich artykułach poświęconych sumieniu zastanawialiśmy się nad naturą sumienia i podstawami jego funkcjonowania. Co jednak z problemem nieczystego sumienia? Jak przedstawia się interakcja Dobrej Nowiny z rzeczywistością tego wewnętrznego głosu?

Na najbardziej ogólnym poziomie, istnieje głęboka i oczywista zgodność między świadectwem Pisma Świętego i objawieniem udostępnionym wszystkim przez sumienie. Gdy cytujemy Biblię, mówiącą że “wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rzym 3, 23), wypowiadamy przecież tylko słowa, które jak echo powtarza nasze wnętrze. Istnieją sumienia czystsze bądź bardziej splugawione, głośniejsze bądź cichsze – ale w potomstwie Adama nie istnieje nikt o sumieniu czystym.

Feralny dylemat

Wiemy (więcej mówią o tym poprzednie artykuły z serii), że splamione sumienie stanowi dla człowieka autentyczny problem. Jest wyzwaniem rzuconym jego nieustępliwie dążącej do integralności psychice. Kreuje przykry i ogłuszający czasem dysonans, który rozsadza harmonijną w zamiarze melodię ludzkich myśli. Jedno jest bowiem pewne – jeśli raptownie przebudzone sumienie zaczyna przemawiać z z mocą, nie jesteśmy w stanie ze spokojem znieść jego głosu. Nowina, którą przynosi jest zbyt druzgocząca; jesteś winny przed Bogiem! Stąd niemal natychmiast pojawia się paląca potrzeba uciszenia sumienia.

Co jednak stanowi istotę tego problemu? Dręczący głos sumienia czy też może treść jego słów? Innymi słowy, czy prawdziwą przyczyną wewnętrznych katuszy jest fakt, że posiadam sumienie – czy też fakt, że postępuję wbrew niemu? Odpowiedź na to pytanie jest zasadnicza – ona bowiem determinuje kształt tworzonych przez nas rozwiązań. Jedną z dróg wyjścia jest zatwardziałość. I tak jak na statku załoga woli czasem wyrzucić na burtę marynarza buntującego się przeciw obranemu kursowi aniżeli zawrócić cały okręt, stłumienie głosu sumienia kusi mocniej niż przyznanie mu racji. Stanąć po stronie wewnętrznego proroka to przecież opowiedzieć się przeciwko samemu sobie. Co jest jednak alternatywą dla zatwardziałości? Stanięcie w prawdzie? Żal?

Tutaj docieramy do szalenie istotnej kwestii – otóż sumienie nie zna sposobu na własne oczyszczenie. Nawet skrucha i żal same w sobie (choć nieraz słuszne) nie są jeszcze w stanie ukoić bólu wypływającego ze świadomości winy – przecież one właśnie są tym bólem! Naturalny człowiek skonfrontowany ze swoimi złymi czynami nie posiada sposobu na ich zniwelowanie: sumienie, choć wskazuje lepszą drogę na przyszłość, jest też nieubłaganym sędzią przeszłości. Wie o tym niejedna osoba, która miała nieszczęście bardzo skrzywdzić swoich bliźnich – nie wszystkie błędy da się naprawić i tak samo sumienia nie da się kupić choćby i szczerym żalem. Mówiąc wprost, sumienie jako takie jest kaznodzieją głoszącym Prawo, ale nie znającym Ewangelii!

Grzeszny człowiek staje więc przed feralnym dylematem: całe życie balansuje pomiędzy zatwardziałością zrodzoną z kłamstwa i obłędem poczętym z prawdy. Wspiera się na jednym lub spada w otchłań drugiego. W poprzednim artykule napisałem, że człowiek jest w stanie uciszyć własne sumienie – jest to prawda, lecz niepełna. W ostatecznym – eschatologicznym – rozrachunku, sumienie zawsze będzie bowiem górą. Jak może być inaczej, skoro kryje się za nim sam Sędzia-Bóg? Już cytowany fragment apostoła Pawła: “treść zakonu jest zapisana w ich sercach; wszak świadczy o tym sumienie ich oraz myśli, które nawzajem się oskarżają lub też biorą w obronę; będzie to w dniu, kiedy według ewangelii mojej Bóg sądzić będzie ukryte sprawy ludzkie przez Jezusa Chrystusa” (List do Rzymian 2, 15-16), dowodzi przecież, że myśli sumienia odezwą się na pewno (potwierdzając uniwersalność znajomości Bożego Prawa) właśnie w Dniu Sądu! Carl Gustav Jung, tworząc swoją teorię archetypu cienia, postawił tezę że walka z upadłą, zwierzęcą częścią naszej natury (właśnie “cieniem”) jest zawsze skazana na niepowodzenie, generując wyłącznie frustrację i spektakularne porażki – stąd niechęć znanego psychoanalityka do ewangelicznej koncepcji uświęcenia. Można by jednak pokusić się o stwierdzenie, że w perspektywie chrześcijańskiej do tak pojmowanego “archetypu cienia” pasuje jednak nie grzech lub pokusa – ale… sumienie! Czyż cień nie istnieje dlatego, że na ciało pada promień słońca? Tak samo sumienie istnieje, gdyż Boże “światło oświeca każdego człowieka” (Ew. Jana 1,9)? To walka z tym przeciwnikiem – sumieniem – nie może się udać, ponieważ mamy do czynienia z głosem Prawdy. A Ona – nawet jeśli ustępuje, nawet gdy zstępuje do grobu nieświadomości ukrzyżowana wysiłkiem woli, to “trzeciego dnia” go opuszcza – tym razem niezniszczalna i w pełni chwały. Przykładem tego jest choćby Judasz.

Cud oczyszczenia

Jaki zatem jest ratunek dla sumienia i dla splecionej z nim duszy? Skąd przyjść może pokój, który uciszy jego oskarżający głos, nie walcząc z nim przy tym? Odpowiedź może być tylko jedna; jeśli sumienie jest głosem Boga lub głosem poprzez który słyszymy Boga, w takim razie tylko On może sumienie autentycznie uspokoić. Tylko On może rozgrzeszyć, tylko Jego łaska może przynieść prawdziwe uwolnienie. Nie zagłuszenie a oczyszczenie – oto cud nowego narodzenia, będącego przecież także odrodzeniem sumienia. Podobną myśl sugeruje Apostoł Piotr pisząc, że już chrzest jest “prośbą do Boga o dobre sumienie” (I Piotra 3, 21).

Tylko zwrócenie się do Chrystusa, tylko wyznanie grzechów Jemu może nam to oczyszczenie przynieść. Taka pokuta – nie zamknięta we wnętrzu własnej świadomości smutna refleksja, lecz wyjście na spotkanie Temu, który wcześniej przemówił przez sumienie – ma moc rzeczywiście przynieść rozwiązanie. Pan posiada bowiem instrument uzdrowienia sumienia, którym jest przelana na Golgocie Krew. “O ileż bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego ofiarował samego siebie bez skazy Bogu, oczyści sumienie nasze od martwych uczynków, abyśmy mogli służyć Bogu żywemu” (List do Hebrajczyków 9, 14). Jako upadli ludzie potrzebujemy, desperacko potrzebujemy znać Ewangelię o zbawieniu w Jezusie; nie zna jej bowiem ani nasz intelekt (nie może na drodze spekulacji dojść do jej istnienia), ani zmysły (to przecież duchowe lekarstwo na duchową chorobę), ani sumienie (ono zna tylko chorobę – lek musi przyjść z zewnątrz). Dobra Nowina o krzyżu jest przecież tajemnicą wiary – nie wiedzielibyśmy o niej nic, gdyby Bóg ze swojego miłosierdzia jej nam nie objawił.

Oferowana nam przez Ewangelię łaska pochodzi zatem spoza sumienia, lecz z drugiej strony – to właśnie w sumieniu się objawia. Tutaj doświadczamy cudu odpuszczenia; w ciszy uspokojonego serca wiemy, że otrzymaliśmy przebaczenie. To co wydarzyło się na Krzyżu, staje się rzeczywistością także we wnętrzu człowieka; przecinają się drogi Prawa i Ewangelii. W ślad za otrzymaną sprawiedliwością Chrystusa pojawia się pokój, a tuż za nim pośpiesza radość. We trzy razem świętują w komnatach serca i sumienia; Królestwo Boże przyszło.

Nowe życie sumienia

Jak niepowtarzalną świeżość przynosi oczyszczone sumienie! Jak jasne i oczywiste wydają się w jego świetle Boże przykazania i Boża miłość! Jak czysto brzmi wtedy głos serca, które mówi: “Chcę służyć mojemu Bogu, chcę iść za Jezusem!”. Każdy kto pokutuje – ponaglany przez sumienie przynosi swoje życie przed Tron Łaski – wie, że słodkim owocem gorzkich wyznań jest serce żywe, radosne i ochotne do czynienia dobra. Doniosłą prawdą jest, że czyste sumienie jest naturalnym przyjacielem silnej wiary – mało tego, jest też piastunem autentycznej miłości! I List do Tymoteusza (1,5) mówi o tym jasno: “Miłość płynąca z czystego serca, i z dobrego sumienia, i z wiary nieobłudnej”. Jeśli masz zatem problemy by w pełni ufać Bogu lub autentyczna miłość do bliźnich sprawia Ci nadzwyczajnie dużą trudność, może przeszkoda leży w brudnym sumieniu? Bo widzisz; ufa się i kocha szczerze, bądź nie ufa się i nie kocha wcale! A człowiek posiadający jednocześnie splamione i mówiące sumienie, nigdy nie może być zły całkowicie szczerze. Wewnętrzny głos zawsze zdradza go na jego drodze, zawsze chwieje nim od wewnątrz. Jeśli je splamił – nie może iść pewnie ani drogą złą, ani dobrą. Nie może w sposób wolny kochać, bo źródło miłości jest zmącone – zło sypnęło weń czarnoksięski proszek. Nie może swobodnie grzeszyć – bo wewnętrzny stróż odbiera mu z tego radość. Musi zawrócić – oczyścić swoje sumienie przed Panem, “by móc służyć Bogu żywemu”. “Kto ukrywa występki, nie ma powodzenia – ale kto je wyznaje i porzuca, dostępuje miłosierdzia” (Przypowieści Salomona 28,13).

Gdy człowiek poznał już Bożą miłość i otrzymał odpuszczenie, diametralnie zmienia się sposób funkcjonowania jego sumienia. Przestaje ono oskarżać, a zaczyna prowadzić. Już nie potępia przeszłości, ale wskazuje drogę na przyszłość. Nie przeszywa serca sztyletem oskarżenia, ale delikatnie popycha je we właściwym kierunku. Jego głos już nie boli a uzdrawia, nie ciąży a uskrzydla – nie może być wykorzystany przez diabła w celu przygniecenia umysłu rozpaczą. Usunięta zostaje wrogość między człowiekiem a Bogiem – a zatem siłą rzeczy także między duszą a sumieniem. Mało tego; na drodze uświęcenia doświadczamy nie tylko pokoju. Coraz częściej łaska sprawia, że zamiast godzić się ze zranionym sumieniem, po prostu od samego początku mówię “tak” jego wskazówkom. W procesie upodabniania się do Chrystusa, głos mojego “ja” i głos sumienia zbliżają się do siebie aż do momentu zupełnego zjednoczenia – gdy Bóg staje się wszystkim we wszystkim.

To prawda, ból i stare dylematy pojawiają się znowu, gdy przeciwstawimy się sumieniu popadając w grzech już jako chrześcijanie. Czystość sumienia nie jest stanem danym bezwarunkowo, ale drogą ku złączeniu się z Bogiem, na której nieustannie powinniśmy się umacniać. Ponieważ znamy jednak dane nam oczyszczenie w Jezusie, możemy wybrać pokutę zamiast zatwardziałości – wojnę z grzechem zamiast z sumieniem. Już nie żyjemy według hasła “Więcej grzechu w lekarstwie na grzech”, ale “Więcej Chrystusa w lekarstwie na grzech”.