Bolączki zielonotuskizmu, czyli polityka wcale nie po chrześcijańsku

W poprzednim artykule próbowałem przedstawić swoją odpowiedź na pytanie “Czy chrześcijanin może i czy powinien uczestniczyć w życiu politycznym?”. Mam nadzieję, że moje stanowisko jest dla Ciebie, drogi Czytelniku, jasne i zrozumiałe. Chciałbym bowiem przejść do dużo bardziej kontrowersyjnej kwestii.

Pierwsze śliwki robaczywki?

Skoro ustaliliśmy już, że uczeń Chrystusa może być “stworzeniem politycznym”, na czym miałoby polegać jego zadanie? Czym jest to “coś radykalnie odmiennego”, co mielibyśmy wnieść w świat instytucji państwowych? Na to pytanie polskie środowisko ewangelikalne próbowało już w ciągu ostatniego ćwierćwiecza udzielać odpowiedzi. Przyznać bowiem trzeba, że o ile opisana już postawa apolityczna jest w naszych środowiskach częsta, o tyle stanowisko intuicyjnie opowiadające się za wchodzeniem w struktury państwowe (podpierane choćby licznymi przykładami pobożnych władców i polityków ze Starego Testamentu) jest reprezentowane równie powszechnie. Wielu protestantów nie ma już wątpliwości; świat państwa i prawa nie jest “zakazaną ziemią” dla chrześcijanina; można na nią wejść i zbudować coś cennego.

W mojej opinii, słuszna przecież intuicja nigdy jak dotąd nie doprowadziła do stworzenia sensownej “teologii politycznej”. Zamiast tego, otrzymaliśmy zbiór uproszczeń, sloganów i wręcz nonsensów. Anty-intelektualizm po raz kolejny okazał się być niebezpieczną chorobą odpowiedzialną za zrodzenie potworka w postaci ZIELONOTUSKIZMU. Pojęcie to, zostało użyte po raz pierwszy przez Tomasza Terlikowskiego 4 lata temu. Redaktor “Frondy” odnosił się wtedy do neocharyzmatycznych proroctw o “sercu Dawida”, które Bóg wkłada do polskiego narodu za pośrednictwem Donalda Tuska i ekipy Platformy Obywatelskiej.* Pozbawieni bagażu starego “serca Saula” (wyraźnie skojarzonego z Prawem i Sprawiedliwością oraz katolicyzmem), Polacy mieli powędrować ku świetlanej przyszłości pod przewodnictwem platformianych liderów.

Czas pokazał, że proroctwa te po prostu się nie sprawdziły. Polska nie stała się ziemią mlekiem i miodem płynącą (ani pod względem materialnym, ani duchowym) a skompromitowani po wielokroć liderzy partii rządzącej nie okazali się ani mężami Bożymi, ani nawet ludźmi uczciwymi i godnymi zaufania. I tu możemy zadać sobie pytanie: czy chybione przepowiednie neocharyzmatyków były jedynie niefortunnym błędem, czy też raczej wyrazem jakichś tkwiących głębiej założeń? Myślę, że problem ma swój korzeń; mamy bowiem do czynienia z całym zespołem fundamentalnie błędnych pomysłów na chrześcijańską politykę. Tragizmu dodaje fakt, że o ile nikt już dziś chyba nie utożsamia się z nietrafnymi proroctwami, o tyle pewne podstawowe założenia zielonotuskizmu są wciąż podzielane przez szeroką społeczność ewangelikalnych chrześcijan. Tym podstawom chciałbym się dziś przyjrzeć.

Chrześcijańska polityka to bycie miłym?

Oto pierwszy z “zielonotuskowych” dogmatów, być może najpopularniejszy. Większość publicznych wypowiedzi polskich ewangelikałów ułożona jest według następującej linii: “Chrześcijanie! Popierajcie kogo chcecie – ale na Boga! Bez nienawiści, krytykanctwa, brzydkich słów”. Ot i sprawa załatwiona. Nie jest już moralnie złe głosować na orędowników praw zrodzonych w nienawiści do Boga i człowieka; o ile orędownik ten mówi gładko, uśmiecha się i jest elegancki. Jeśli zaś powstaje przeciwko niemu człowiek nieokrzesany, kontrowersyjny i (nie daj Boże!) religijny – traf chciał, że akurat taki nieraz opowiada się za rozwiązaniami słusznymi – wówczas wszyscy czym prędzej dystansują się od “nienawistnego” i “skrajnego” radykała. W takim podejściu diabła rozpoznaje nie po owocach jego czynów, ale ust; nikomu nie przeszkadza ogon i rogi, o ile te pierwsze przykryte są wymuskanym smokingiem a drugie aksamitnym kapeluszem (nie mylić z moherowym beretem!).

Efektem jest to, że “chrześcijańskość” polityki sprowadza się do zewnętrznego stylu, w jakim jest ona prowadzona, nie zaś do idei i wartości, które wspiera. Można by powiedzieć wręcz, że w zielonotuskizmie to styl staje się ideą, a dobry pijar nagle staje się istotą “biblijnego” politykowania. Doktryny polityczne zaś – z klasycznym podziałem na konserwatyzm, liberalizm, socjalizm i nacjonalizm – stają się czymś zupełnie drugorzędnym, kwestią osobistych preferencji, rzeczą tak obojętną jak jedzenie i niejedzenie mięsa z 14 rozdziału Listu do Rzymian (sam widziałem tego rodzaju argumentację na facebooku udzieloną przez jednego z czołowych “zielonotuskowców” w odpowiedzi na pytanie o kwestie światopoglądowe!). Tak oto budzimy się w świecie post-polityki, którą specjaliści definiują jako rzeczywistość rządzoną nie przez idee czy programy, ale medialną atrakcyjność i nieokreśloną bliżej efektywność (znaną nam z obecnego kiedyś na billboardach hasła “Nie róbmy polityki, budujmy stadiony”). Przykre jest jedynie to, że przychodzi ona do nas w chrześcijańskich szatach i z pobożnie brzmiącymi frazesami.

Czyżby oznaczało to, że jestem przeciwnikiem eleganckiego stylu? Że nie mam nic przeciwko przekleństwom, obrzucaniu się błotem i ogromem nienawiści obecnej w dzisiejszej walce politycznej? Bynajmniej. Ja również uważam, że nadmiar negatywnych emocji obecny na scenie publicznej męczy nas wszystkich i jest stanem wysoce niepożądanym. Z odrazą patrzę na działalność ludzi takich jak Zbigniew Stonoga czy Janusz Palikot, którzy celują w przekraczaniu kolejnych granic obsceniczności oraz ordynarności. Z całą pewnością, żadnemu reprezentantowi wartości chrześcijańskich nie przystoi zniżać się do poziomu wytworzonego przez wartości przeciwne.

Gdzie zatem leży różnica? Otóż styl, pomimo swojego znaczenia, nie stanowi o istocie tego, gdzie leży racja i przyjazny chrześcijaństwu duch. Demony, choć wulgarne do granic możliwości, potrafią przybrać głos o barwie aksamitu i jawić się jako aniołowie światłości oraz mistrzowie kindersztuby. Opieranie swoich opinii właśnie na umiejętnościach pijarowych jest patrzeniem powierzchownym i bezgranicznie naiwnym. Właściwie sprawia ono, że nieświadomie zaczynamy funkcjonować według reguł wytworzonych przez poprawność polityczną – to prawdziwe grawitacyjne centrum ustroju demokratycznego. Bo oto każda publiczna wypowiedź usiłująca zburzyć panujący status quo i energicznie przekłuć balon akceptowanych powszechnie nonsensów (bardzo często o zupełnie antychrześcijańskiej proweniencji) nagle zaczyna brzmieć w naszych uszach obrazoburczo i “ekstremistycznie”. Co jednak złego jest w wojującym politycznym ikonoklazmie? W bezceremonialnym i bezczelnym roztrzaskiwaniu różnych fałszywych świętości urojonych sobie przez nowoczesne społeczeństwa? Niestety, bardzo często bardziej odpowiada nam alternatywa; wystudiowany uśmiech, wygładzone słówka, “umiarkowana” postawa, słowem – “bycie miłym”.

Święty policjant nie różni się od niewierzącego kolegi tym, że jest miły; ale tym, że rzetelnie oraz uczciwie egzekwuje prawo. Tak samo polityk; o jego jakości stanowią idee, za którymi się opowiada (uzupełnione o wiarygodność w ich popieraniu) i prawo, które chce stanowić.

Chrześcijańska polityka to popieranie władzy?

Nieubłaganie docieramy do kolejnego szkodliwego filaru zielonotuskizmu. Z jakiegoś powodu, pawłowe zalecenia o nieprzeciwstawianiu się legalnej władzy interpretowane są dziś nieomalże jako zakaz publicznego krytykowania miłościwie nam panujących. Do tego rodzaju interpretacji dokłada się jeszcze ogólne teologiczne założenie charyzmatycznego chrześcijaństwa o tym, że uczeń Chrystusa ma być systemowo pozytywny, zawsze ukontentowany i – rzecz jasna – miły. Aplikacja tej zasady do polityki ostatecznie prowadzi do powstania chrześcijańskiego SERWILIZMU; postawy służalczej i uległej. Ekipa Platformy Obywatelskiej otrzymuje zatem milczące (i zupełnie niezasłużone) wsparcie od polskich ewangelikałów; bo w czyim interesie leży rugowanie z przestrzeni publicznej krytycznych komentarzy wobec rządu? Nic to, że prorocy potrafili niejednokrotnie wyraziście potępiać postępowanie izraelskich królów, zaś sam Jezus nazwał Heroda “lisem” (Łk 13, 32); czasem można odnieść wrażenie, że apokaliptyczne wizje antychrystusowej Bestii będące wyrazistą aluzją do ówczesnej władzy rzymskich cesarzy byłyby dziś odebrane jako niepokojąco opozycyjne czy wręcz warcholskie.

Jak zatem przedstawia się sprawa? Zalecenia Apostoła Pawła dotyczące uległości wobec władzy i obowiązku pokornej modlitwy za nią zyskują na zrozumiałości, gdy uświadomimy sobie, że w owym czasie była to władza cesarska – de facto monarchiczna, coraz wyraźniej ciążąca ku despotyzmowi. Nie istniały żadne możliwości wymiany niegodziwego władcy, a prześladowanym niejednokrotnie uczniom Chrystusa pozostawało często jedynie się modlić. Nie funkcjonowało tam usankcjonowane przez prawo sprzężenie zwrotne pomiędzy cesarzem a społeczeństwem. Apostoł Narodów przezornie zakreśla zatem granice dla politycznej działalności chrześcijan w systemie monarchicznym; można i trzeba modlić się za władcę, nie można natomiast podnosić przeciwko niemu buntu; nie rządziłby on, gdyby Bóg tego nie chciał.

W demokracji sprawa przedstawia się jednak nieco inaczej. Nie chcę wdawać się tu w zagadnienia samej zasadności istnienia tego ustroju (wystarczy tu zdradzić, że nie darzę go szczególną sympatią); to temat na inny wpis. Jedną z jej podstawowych cech jest jednak istnienie nierozerwalnego związku władzy ze społeczną aprobatą. Monteskiusz, wielki oświeceniowy teoretyk polityczny liberalizmu wyraził to w następujący sposób: “W demokracji lud jest pod pewnymi względami monarchą, pod innymi znowuż poddanym”. Oznacza to, że my – obywatele państwa demokratycznego – jesteśmy nie tylko poddanymi władzy. To prawda, powinniśmy uznawać legalność każdego rządu bez względu na jego afiliacje oraz poddawać się nie zawsze przyjemnym prawom, które te stanowią (o ile nie wymaga się od nas czynienia zła lub porzucenia dobra). Jesteśmy jednak także twórcami jego kształtu. I czegokolwiek nie powiedzielibyśmy o częstokroć fasadowych mechanizmach dzisiejszego modelu wyborczego, faktem jest, że mamy jakąś możliwość wpływania na to, kto wygra wybory i ostatecznie stanowić będzie prawo. Nakłada to na nas zatem dodatkowy wymóg sądzenia władzy. Siłą rzeczy Apostoł Paweł nie mógł o tym wspominać, lecz to właśnie jest niedopowiedzianym elementem politycznej wizji “zielonotuskowców”.

Warunkiem swobodnego sprawowania tej kreacyjnej władzy wyborczej jest z kolei możliwość nieskrępowanego popierania jednego stronnictwa a krytykowania innego – nawet jeśli to ono aktualnie sprawuje rządy. Podążając znowu za Monteskiuszem, “Nieszczęściem republiki jest, gdy nie ma w niej stronnictw”. Nadmierny nacisk na “popieranie władzy” (tutaj właściwie raczej “POpieranie”) zawsze prowadzić będzie do obiektywnie bezzasadnego faktycznego osłabiania opozycji i cementowania status quo. Środowisko ewangelikalne zaś ma wyjątkową okazję, by stać się mikroświatem w którym spełnią się obawy Monteskiusza; skoro wszystkie różnice poglądów będące podstawą istnienia odmiennych stronnictw będą zmuszone zamilknąć pod ciężarem opacznie pojętego imperatywu “posłuszeństwa władzy”.

Chrześcijańska polityka nie jest bowiem “miłosiernym” traktowaniem władzy poprzez stawanie za nią murem tak, jak dobra matka staje za wyrodnym synem albo Chrystus za oskarżoną jawnogrzesznicą. Jest raczej podejściem sprawiedliwym – czyli oddawaniem jej tego co się należy. Szacunku – zawsze, posłuszeństwa – zazwyczaj, a poparcia lub nagany – w zależności od konkretnej postawy.

Chrześcijańska polityka to szukanie “Bożych wybrańców”?

I wreszcie na końcu – zdrowe ortodoksyjne podejście do oceny dzisiejszej demokratycznej rzeczywistości (lub, jak powiedzieliby francuscy tradycjonaliści “nierzeczywistości”) nie sprowadza się do pytania “Którą partię popiera Bóg?”, ale raczej “Która partia popiera Boga?”. Bo czyż poszukiwanie Bożych “pomazańców o sercu Dawida” za pomocą “czucia i wiary, które silniej mówią do nas niż mędrca szkiełko i oko” nie jest próbą chodzenia na skróty? W skomplikowanej rzeczywistości politycznej to raczej rozum oświecony wiarą i wyposażony w bogaty zasób wiedzy teoretycznej (choćby na temat wspomnianych już klasycznych doktryn politycznych) może okazać się trafnym narzędziem duchowego rozeznawania partii i programów. Wiadomo bowiem, że w dyskusjach nad konkretnymi problemami (choćby najbardziej oklepanych “związków partnerskich”) można wskazać te ugrupowania, które dążą do odzwierciedlenia Bożych praw i te, które próbują je usuwać z przestrzeni prawa stanowionego, przewrotnie nazywając zło dobrem. Rozeznawajmy – ale rozważnie, po owocach. Bo nigdy nie będzie nam dane zajrzeć do wnętrza ludzkich serc.

W artykule tym próbowałem zakwestionować kilka fałszywych i nieuporządkowanych przekonań wciąż pokutujących w naszym środowisku. Niestety, obawiam się że nie wykorzeniony gruntownie zielonotuskizm jeszcze nieraz zwiedzie ewangelikalnych chrześcijan na manowce i uczyni z nich ludzi zupełnie bezwładnych w obliczu szalejących dziś ideowych zawieruch i prowadzonych odgórnie obyczajowych rewolucji. Bez solidnego rdzenia ideowego i teologicznego, który zastąpi nienagannie uprzejma prezencja i lojalny stosunek do ekipy rządzącej, staniemy się ludźmi zupełnie niezdolnymi do wywarcia realnego wpływu na kształt politycznego życia w naszym kraju. Nie pomogą tutaj słuszne obywatelskie intuicje, dobre chęci ani nawet prawdziwie pobożne i cnotliwe życie prywatne. Pismo ostrzega nas bowiem “gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra” (Prz 19,2).

Artykuł opublikowano pierwotnie na portalu www.antyteza.org

* Wspomniany artykuł Tomasza Terlikowskiego znajduje się pod adresem: http://www.fronda.pl/a/zielonotuskowcy-czyli-donald-tusk-wybrany-przez-boga,14396.html