Gdyby każda z epok musiała wybrać swój symbol oraz najcenniejszą walutę, nasza zapewne zaprezentowałaby z dumą kijek do selfie w otoczeniu lajków. Diagnoza ta może wydawać się zbyt posępna i malkontencka, co nie zmienia faktu, że nie ma nic bardziej posępnego niż karta pamięci pełna górskich krajobrazów pełniących nieśmiałą rolę tła dla twarzy rozentuzjazmowanego miłośnika selfie.

Pierwszeństwo “i”

Spoglądając na zachodnią popkulturę, trudno uniknąć wrażenia, że oto mamy do czynienia z niedojrzałym nastolatkiem, który zamiast napawać się wyjątkowością widoku rozciągającego się pod tatrzańskim szczytem, wyskrobuje namiętnie na jednym z okolicznych drzew triumfalne “byłem tu”. JA byłem tu. Coraz częściej pozyskanie lajkochłonnego selfie całkowicie wypełnia te kilka chwil, w których można byłoby oddać się kontemplacji przekraczającego nas piękna.

W świecie iPhonów, iPodów i iMaców jest coś głęboko symbolicznego w owym pierwszeństwie “i”. Zaawansowana technologia XXI wieku istnieje już nie tylko po to, aby czynić życie człowieka łatwiejszym, ale również po to, aby umacniać jego zachwiane poczucie wartości i obdarzać iluzoryczną mocą panowania nad rzeczywistością. Chcemy, aby wszystko wokół było jak ów poręczny i wyrozumiały iPhone – reagowało na polecenia, wyczuwało nasze intencje, zabijało nudę i w pełni dostosowywało się do oczekiwań użytkownika. Tuż obok iPhonów, iPadów i iMaców zaczynamy tworzyć zatem iRodziny, iMałżeństwa i iPrzyjaźnie, stawiając na łatwość obsługi, wielość dostępnych aplikacji i natychmiastową przydatność. W razie rozczarowania i konfliktu, zmierzamy szybkim krokiem do iSklepu po lepszy model, stary nie był już bowiem w stanie uszanować pierwszeństwa naszego “i” oraz sprostać rosnącym oczekiwaniom.

Chrześcijańska teologia w świecie kijków do selfie

Czy nie jest aby tak, że ten popkulturowy mikroklimat – serwowany przez media wzorzec zachowań – wpływa również na naszą duchową podróż? Co dzieje się z chrześcijańską teologią w świecie kijków do selfie? Czy potrafimy poruszać się po górskich ścieżkach Ewangelii bez obiektywu skierowanego nieustannie w swoją stronę? A może ujęcia krajobrazów boskiego Objawienia pełne są naszych uśmiechniętych twarzy, przysłaniających mimowolnie całe fragmenty Bożej prawdy? Czy potrafimy myśleć o Bogu w oderwaniu od swoich bieżących bolączek i ulubionych wyobrażeń? Rozumiejąc, że celem jest nasza przemiana na obraz Chrystusa, a nie przemiana Chrystusa na nasz obraz? Czy potrafimy zaakceptować fakt, że istnieje Rzeczywistość, w której nie chodzi wyłącznie o nas? W której człowiek nie jest początkiem i końcem, ani też źródłem i celem? Czy potrafimy cieszyć się słońcem Bożej chwały, rozumiejąc jednocześnie, że łaska nie kryje się w tym, że zapalono je dla nas, ale w tym, że możemy ogrzać się jego blaskiem? Czy jesteśmy w stanie odrzucić antropocentryczną teologię, w której Bóg wykorzystywany jest instrumentalnie przez swoich chwalców, lądując za drzwiami zaraz po tym gdy dostarczy pizzę, naprawi kran lub zrobi zastrzyk? Czy potrafimy dostrzec wyjątkowość człowieka i docenić jego wartość – paradoksalnie – na tle teocentrycznej wizji świata?

Choć to trudne, nie chciałbym zamienić wielkiej Ewangelii o chwale Chrystusa, jak określił ją apostoł Paweł, na kieszonkową iTeologię, właściwie bardziej o chwale zbawionego niż Zbawiciela. Właściwie bardziej o mojej decyzji, aby Go przyjąć, niż o Jego decyzji, aby mnie zbawić. Właściwie bardziej o mojej chwalebnej otwartości serca, niż o Jego niezmierzonej dobroci. Filozoficzno-duchowy klimat naszych czasów sprzyja iTeologii być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, mimowolnie modyfikując porządek największej ze wszystkich historii – kończymy Ewangelię w pół zdania, twierdząc, że Pan wszystkiego stał się uniżonym sługą. Druga część nie mieści się już w wąskich kieszonkach iTeologii, a brzmi ona jak wiadomo: aby uniżony sługa stał się Panem wszystkiego.

iBoskość

Cóż, iTeologia na jednym oddechu wyznaje, że byłoby niesprawiedliwym, gdyby człowiek nie mógł w wolny sposób wybrać Boga, podczas gdy jednocześnie za całkowicie naturalne uznaje, że Bóg nie może w wolny sposób wybrać człowieka. Coraz częściej tradycyjna koncepcja wszechmocnej boskości przypomina nadgryzioną zębem czasu antyczną rzeźbę, pozbawioną rąk i rozpaczliwie statyczną. Pismo Święte czytamy w taki sposób, aby widzieć w nim raczej człowieka decydującego w swoim życiu o Bogu niż Boga decydującego w swoim Życiu o człowieku. Ten dobrotliwy iBóg nie jest kowalem człowieczego losu, gdyż jako dżentelmen potrzebuje na wszystko uprzejmej zgody stworzenia. Ba, nie jest już nawet kowalem własnego losu. Nie może autorytatywnie zarządzać stworzonym przez siebie wszechświatem, gdyż – jak niesie wieść popularnych teodycei – zrobiłby znacznie więcej, gdyby tylko nie ograniczał go szatan lub uparcie obojętny człowiek. W imię słusznego lęku przed posępnym determinizmem pozbawiliśmy Boga wolności, myśląc, że w ten sposób ocalimy wolność człowieka. 

Problem w tym, że wraz z koncepcją ubezwłasnowolnionego Boga straciliśmy również wolnego człowieka – dzisiaj zdany jest na niekończące się szamotanie z własną niemocą i poszukiwanie w sobie źródła właściwych wyborów. Na syzyfowe produkowanie “mocniejszej wiary” i “bardziej otwartego otwierania się” na Boga, a wszystko to w zderzeniu ze zniewalającą potęgą wewnętrznego grzechu.

Po czym właściwie poznać, że wpadłem w sidła iTeologii?

Choćby po tym, że tak naprawdę widzę w krzyżu przede wszystkim świadectwo wielkości człowieka. Spoglądam na śmierć Bożego Syna i myślę sobie: a więc tyle jestem wart, tyle warte jest moje szczęście! I zapominam, że gdybym rzeczywiście był tyle wart, to krzyż byłby nie tyle łaską, co należnością, a zbawienie należałoby mi się jak przysłowiowa psu buda. Staję się głuchy na przenikający wszystko sens Ewangelii, która naucza, że jedyna przyczyna boskiego działania kryje się w dobroci Zbawiciela, a nie w dobrach zbawianego. Tylko w takiej konfiguracji chwała niezasłużonej, nienależnej, nieekwiwalentnej łaski jaśnieje wystarczająco mocno. Cóż, iTeologia woli powtarzać jak mantrę, że gdybym był jedynym człowiekiem na ziemi, to Bóg i tak nie wahałby się wysłać w okrutną misję swojego Syna. I nawet jeśli to prawda, to jednak gdzieś w tle pulsuje tutaj bluźniercze założenie, że oto JA byłem dla Boga Ojca ważniejszy niż Bóg Syn, a zatem stałem się ważniejszy dla Boga niż… Bóg. Trudno zwerbalizować to przekonanie, ale łatwo je podskórnie hodować, spożywając przy tym zatrute owoce myślenia, w którym znika gradacja celów i porządek rzeczywistości. W iTeologii wszystko w chrześcijaństwie ogniskuje się ostatecznie wokół MOJEGO zbawienia, jest ono samoistnym i definitywnym celem wszystkich rzeczy. Kiedy ktoś pyta dlaczego Chrystus umarł na krzyżu, zawsze odpowiadam – dla MOJEGO zbawienia. I choć to prawda, nie potrafię sięgnąć głębiej i dalej – dostrzec potężnego gmachu Bożej Chwały, w którym zbawienie człowieka jest wyłącznie jednym z pięter, nawet jeśli najwyższym. Nie potrafię zaakceptować faktu, że oto MOJE zbawienie nie jest celem absolutnym, ani też nieprzekraczalną granicą Bożych zamiarów, bowiem celem tym zawsze była, jest i będzie manifestacja Bożej Chwały poprzez zbawienie grzeszników. Nie potrafię cieszyć się myślą, że skoro wszystko zaistniało dla Chrystusa, to również… grzech, krzyż i zmartwychwstanie. Nie chcę pogodzić się z myślą, że oto w chrześcijaństwie nie chodzi o to, żebym przyjął na tyle Jezusa, aby nie trafić przypadkiem do piekła. Nie chcę pozwolić Bogu kochać Boga z całej myśli i z całego serca, i z całej woli swojej – nazwę to egocentryzmem, a później powrócę do małego świata, w którym Bóg krząta się wokół mojego życia z troską obawiającego się o pracę lokaja. 

Czy nie potrzebujemy – i myślę tutaj przede wszystkim o sobie – teologicznego przewrotu na miarę kopernikańskiego, zatrzymującego krzątającego się z niepokojem Boga i poruszającego stworzenie? Przewrotu będącego niczym innym niż powrotem do kanonów chrześcijańskiej wiary i teocentrycznej wizji rzeczywistości? Jeśli kieszonkowych i interaktywnych iTeologii nie zastąpi świeże zrozumienie boskości Boga i pierwszeństwa Jego celów w każdym zakątku wszechświata, nie uwolnimy się od przemożnego ciężaru nieskutecznych odpowiedzi i kruszących się fundamentów. Wyzwolenie kryje się bowiem w możliwości odwrócenia obiektywu od siebie i skierowania Go ku objawieniu Stwórcy. Dlaczego tak rzadko nasycamy duchowe zmysły, kościelną liturgię i ewangelizacyjne aktywności wszechstronną prawdą o Bożej naturze? Czy to nie ona jest przecież esencją Bożego Słowa i jedynym kanałem, przez który płynie ku nam miłość Boża? Czy to nie ona oferuje błogosławioną możliwość zrozumienia, że blask wszystkich stworzonych rzeczy jest jedynie słabym odbiciem piękna Boga, zasadzającym się na doskonałej harmonii Jego przymiotów i przelewającej się na nas miłości pomiędzy Osobami Trójcy?

Pytania ważniejsze niż inne

Co tak naprawdę napędza mechanizm naszego chrześcijaństwa? Czy owe legendarne “wielkie rzeczy”, które podobno kryją się za każdym następnym zakrętem życia? Czy konferencyjne obietnice większego zasięgu i większych liczb? Czy kolejne uzdrowienia portfeli, ciał i nieprzyjemności, jeśli tylko mocniej uwierzę, zapragnę lub wyznam? Dlaczego tak często kierujemy reflektory na służbę krzątającą się wokół Tronu, a tak rzadko na Króla? Błogosławionego, szczęśliwego, samowystarczalnego, wszechmocnego i przepięknego? Dlaczego tak często – jak uliczni sprzedawcy – kolportujemy skserowane na czarno-białej drukarce pocztówki z wizerunkiem Zbawiciela, a tak rzadko zapraszamy ludzi przed Wieczne Arcydzieło, mówiąc z wypiekami na twarzy o zdumiewającej harmonii szczegółów, perfekcyjnych proporcjach wydarzeń i doskonałej jedności poszczególnych fragmentów Ewangelii? Dlaczego widzimy w teologii zimne ostrze służące do dzielenia włosa na czworo, a nie płonącą pochodnię zdolną zapalić serce i oświetlić rzeczywistość? Dlaczego raczej bagienko dla taplających się w nim teoretyków, niż czyste i niewyczerpane źródło życiowych odpowiedzi? Dlaczego Pismo Święte staje się raczej źródłem cytatów dla motywacyjnych, przywiązanych do ziemi przemówień, niż oknem, przez które można zobaczyć we mgle czekającego na nas Wielkiego Boga? Dlaczego lekceważenie wymogów życia intelektualnego uznaje się za cnotę, a próbę porządkowania umysłowych przestrzeni za martwy intelektualizm? Dlaczego popkulturowe trendy bezkrytycznie akceptuje się jako obiektywny standard dla form wyrażania Ewangelii, lekceważąc przy tym bezbożny charakter ducha naszych czasów? Dlaczego w ramach iTeologii kreujemy bezrefleksyjnie sztuczne konflikty między religią a relacją, racjonalnością a gorliwością, doktryną a Duchem, poznaniem a przeżyciem?

Czy dlatego, że tak jest po prostu łatwiej?

Obawiam się, że – pomimo zastosowanych powyżej oczywistych uogólnień – musimy zmierzyć się z odpowiedzią na powyższe pytania. Być może okaże się wtedy, że oswoiliśmy się z iTeologią na tyle, że już nie razi nas jej pretensjonalny charakter oraz bolesne oderwanie od rzeczywistości… Warto konfrontować jednak iTeologię z fundamentem chrześcijańskiej wiary – tym razem ustami Johna Pipera:

Odkryłem w swoim życiu i życiu wielu innych, że Boża koncentracja na sobie jest testem, czy nasze postawienie Go na pierwszym miejscu jest prawdziwe. Czy raduję się bez wahania w Bożym zobowiązaniu do okazywania Mu chwały? Czy raduję się w Bożym samouwielbieniu? A może moje skoncentrowanie na Bogu ogranicza się jedynie do skoncentrowania na człowieku, a nawet skoncentrowania wyłącznie na sobie? Czy mój sprzeciw wobec Bożego skoncentrowania na sobie samym ukazuje, że moje rzekome skoncentrowanie na Bogu jest tylko przykryciem dla chęci, abym to ja był w centrum i wykorzystaniem Boga do zatwierdzenia tego, że On jest skoncentrowany na mnie?

  • 62 Posts
  • 0 Comments
Szczęśliwy mąż i ojciec, prawnik, absolwent prawa na Uniwersytecie Śląskim oraz teologii w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej w Warszawie. Zaangażowany w szereg inicjatyw chrześcijańskich. Redaktor Naczelny portalu nalezecdojezusa.pl oraz współtwórca portalu myslewiecwierze.pl. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Od kilku lat zachwycony Chrystusem jako Osobą, Ideą i Odpowiedzią.