Wyznajemy, że Jezus jest naszym Panem i pragniemy, aby Chrystus był w centrum naszego życia, jednak często zapominamy oddać Mu przywłaszczonego długopisu….

Albowiem istotą grzechu jest, że człowiek usiłuje zastąpić sobą Boga (…) Człowiek przeciwstawia się Bogu i stawia się w miejscu należnym jedynie Stwórcy. (…) Człowiek domaga się praw należnych jedynie Bogu.

W Edenie Szatan kusił Ewę „jeśli zjecie owoc będziecie tacy jak Bóg, umiejący rozróżniać dobro i zło”.  Pierwsi rodzice ulegli pokusie i odtąd z pokolenia na pokolenie ludzi dziedziczą skłonności do zajmowania miejsca Boga samolubnie koncentrując się na sobie i obwieszczając się panami własnego życia. Może to ostatnie wydaje się obce tym wszystkim, którzy nazywają siebie „Chrześcijanami” i „Wierzącymi”, ale chyba każdy z nas nie raz „brał sprawy w swoje ręce” mając swój własny pomysł na życie i różne kwestie z nim związane. Ta tendencja jest już widoczna u dzieci, a pierwszym przykładem, jaki nasuwa mi się na myśl jestem ja sama sprzed jakiś osiemnastu lat.

Często rodzice, krewni i przyjaciele pytają dzieci, kim chcą zostać w przyszłość. Na to pytanie miałam gotową odpowiedź już w wieku siedmiu lat. Odpowiedź, która nie zmieniła się kiedy miałam lat dziesięć, dwanaście, piętnaście… Krewni i przyjaciele w końcu przestali pytać, tylko mama nie rozumiała, że miałam już gotowy scenariusz własnego życia. „Ania, módl się o swoją przyszłość. O to by Pan Bóg dał Ci mądrość na jakie studia masz pójść, jaki zawód wybrać.” – radziła. „Dobrze, mamuś.” – odpowiadała grzeczna córeczka, a w myślach dodawała „ale ja już to wiem. Wiem jak moje życie ma wyglądać i co będę robiła”. Mijały kolejne lata, aż niecałe pięć miesięcy przed maturą wszystko się zmieniło. Moje życie stanęło „na głowie” a tygodniowy rozkład zajęć pękał w szwach, gdyż próbowałam jak najlepiej przygotować się do „nowego” kierunku studiów. Potem nadeszły chwile strachu i niepewności, kiedy nie znalazłam się na liście przyjętych, a następnie pięć lat wypełnionych ciężką pracą, łzami i milionami dowodów Bożej łaski, dobroci i pomocy w zupełni innym mieście niż „miałam być”…

Dziś uśmiecham się do tych wspomnień. Jestem wdzięczna Bogu, że życie nie potoczyło się według mojego scenariusza. Te lata dużo mnie nauczyły i dziś już wiem, jak ważną kwestią w życiu chrześcijanina jest oddanie Bogu długopisu, którym to On – nie ja – będzie pisał scenariusz mojego życia. Natomiast o błogosławieństwie, jakie przynosi zastosowania tego w praktyce przekonałam się, kiedy kończyłam studia i na horyzoncie pojawiała się kwestia „szukania pracy”. Bóg zatroszczył się o mnie w niesamowity sposób i choć łatwo nie jest, świadomość faktu, że to On zaprowadził mnie w miejsce w którym jestem, daje poczucie bezpieczeństwa i napawa nadzieją…

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Wydaje mi się, że my – kobiety – z jednej strony, bardzo pragniemy i potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej… mamy tendencję (przynajmniej część z nas) do pisania scenariuszy, jak wszystkie sprawy dookoła nas powinny się potoczyć. Ostatnio przeglądając pewien blog natknęłam się na zdania, które wydały mi się znajome: „I constantly tried to figure out how to MAKE  things happen the way I thought they should (…) I carried the weight of (…) responsibility on my shoulders (…) I didn’t grasp God’s sovereignty very well – only my responsibility – so my trust was more in myself in many ways than in God.”2 (Ciągle próbowałam dojść do tego, jak sprawić, aby wszystko potoczyło się w taki sposób, w jaki uważałam, że powinno (…) Dźwigałam ciężar (…) odpowiedzialności na swoich ramionach (…) Zbyt dobrze nie pojmowałam Bożej suwerenności – tylko własną odpowiedzialność – więc nadzieję pokładałam bardziej w sobie niż w Bogu). Nie dotyczy to tylko tych wielkich, ważnych decyzji. Każdego dnia stykamy się z różnymi mniej lub bardziej stresującymi sytuacjami oraz napotykamy na setki spraw powodujących nasz niepokój i troskę. Godzinami się nimi zamartwimy i próbujemy wymyśleć najlepszy scenariusz ich rozwiązania. Bierzmy pod uwagę wszystkie czynniki, aktualne okoliczności, charakter współpracowników, wszystkie ich możliwe zachowania i reakcje stworzone na podstawie analogicznych zdarzeń, odtwarzamy ich sposób myślenia, zakładamy każdy możliwy wariant ich samopoczucia oraz wpływ czynników zewnętrznych. W ten sposób powstaje piękny scenariusz, przy tworzeniu, którego wzięłyśmy pod uwagę wszystko… oprócz własnej ograniczoności i omylności. Niby takie proste, a jednak strasznie trudne. Tak często wydaje nam się, że wiemy jak urządzić świat i chcemy wziąć życie w swoje ręce, a później uginamy się pod ciężarem odpowiedzialności i niczym małe przestraszone dziewczynki płaczemy przygniecione niepewnością oraz brakiem poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego tak się dzieje? Przywłaszczyłyśmy sobie długopis, który powinien był zostać w Bożych rękach.

Kwiatki, bilet i los

 Uczę się zostawiać długopis w rękach Boga. Nie tylko zostawiać, ale też oddawać Mu w tych sytuacjach, w których niegdyś go zabrałam i sama pisałam scenariusz. Dlaczego jest to dla mnie ważne? Pewnego dnia w swoim notatniku, powoli i z namysłem napisałam, że oddaję Bogu długopis, aby On sam pisał scenariusz mojego życia. Pamiętam niesamowity pokój i ulgę jaką wtedy poczułam. Jakby nagle ktoś zdjął z moich ramion ciężar odpowiedzialności. To nie ja byłam już odpowiedzialna za moją przyszłość, tę odpowiedzialność złożyłam na Nim. Nadal każdego dnia muszę mierzyć się z różnymi „mniej” lub „bardziej” trudnymi sytuacjami, jednak staram się oddawać je w ręce Boga i prosić, aby to On je rozwiązywał, kierował mną i dawał mi mądrość według swojej obietnicy: Pouczę cię i wskażę ci drogę, którą masz iść;  Będę ci służył radą, a oko moje spocznie na tobie. (Ps 32:8).

Czasami jednak wydaje się, że Bóg kieruje sprawami zupełni inaczej niż byśmy chciały. Kilka lat temu znalazłam się w sytuacji, w której wydawało mi się, iż Bóg zabiera z mojego życia to, co nadaje mu kolor, Boża wola wydawała się czynić mój świat smutnym i pełnym szarości. W tamtych dniach pomogła mi pewna metafora wymyślona przez moją przyjaciółkę.  „Wyobraź sobie, że idziesz drogą przez las. Nagle na polance kawałek od drogi widzisz piękne kwiatki, które z całego serca pragniesz zerwać. Jednak twój przewodnik nie pozwala zejść ci z drogi. Nie dlatego, że jest złośliwy i nie chce cię uszczęśliwić, ale być może wie, że pomiędzy drogą a polaną znajdują się bagna w których utonęłabyś, lub dół w który mogłabyś wpaść. Wie również, że jeśli nie zboczysz z drogi i będziesz szła cały czas za nim, za jakiś czas przy drodze którą idziesz znajdziesz jeszcze piękniejsze kwiatki przeznaczone specjalnie dla ciebie, abyś mogła je zerwać i cieszyć się ich pięknem.” Ten prosty obrazek naprawdę do mnie przemówił i bardzo mi pomógł. Później jeszcze przez długi czas w mojej Biblii znajdowała się mała karteczka z rysunkiem kwiatka, datą i nazwą miejscowości, w której odbyła się ta rozmowa. Dziś wiem, że moja przyjaciółka miała rację. Z perspektywy czasu widzę, że gdybym zerwała tamte kwiatki, najprawdopodobniej utonęłabym. Choć kwiatki, które miały pokolorować mój świat zostały za mną, moje życie nie straciło kolorów – Przewodnik, któremu zdecydowałam się zaufać okazał się Malarzem, który swoją miłością maluje je codziennie paletą zachwycających barw.

Wiem również, że czasami scenariusz pisany przez Boga może prowadzić nas przez trud, cierpienie i prześladowania. Świadomość ta, strach przed bólem, stratą i dyskomfortem,  mogą podsycać pokusę, by jednak wziąć życie we własne ręce. Kiedy Corrie ten Boom była jeszcze dzieckiem, przeraziła ją myśl, że pewnego dnia jej ukochany ojciec umrze:

– Jesteś mi potrzeby! – szlochałam. – Nie możesz umrzeć, nie możesz! (…) Ojciec usiadł na rogu wąskiego łóżka.

– Corrie – zaczął łagodnie – kiedy jedziemy razem do Amsterdamu, w którym momencie daję ci do ręki bilet? Pociągnęłam nosem kilka razy, zastanawiając się nad tym pytaniem.

– Tuż przed wejściem do pociągu.

– Bardzo dobrze. Nasz mądry Ojciec w niebie dobrze wie, kiedy nam czego potrzeba. Nie wyprzedzaj tej chwili myślami, Corrie. Kiedy przyjdzie czas, że któreś z nas będzie musiało umrzeć, spojrzysz w głąb swego serca i znajdziesz tam potrzebne siły – we właściwym czasie. 3

Wiele lat później już dorosła Corrie napisała: „Zamartwianie nie pomaga nam w zmaganiach z dzisiejszym smutkiem, ale okrada nas z jutrzejszej siły”. Zamiast więc myśleć z lękiem o tym, co może się zdarzyć, wolę oddać długopis Temu, który nie tylko pisze scenariusz, ale też wyposaża nas w siłę, której potrzebujemy podczas trudniejszych odcinków naszej ziemskiej wędrówki. Nie tylko w siłę. Scenariusz napisany przez Stwórcę dla Sabiny Wurmbrand wiódł jej życie przez ciężki obóz pracy w czasach prześladowania chrześcijan przez komunistyczny reżim na Węgrzech. Pewnego dnia mieszkanki obozu pracy przymusowej K4 – więźniarki pracujące przy budowie kanału łączącego Dunaj z Morzem Czarnym – rozmawiały o czasach w jakich przyszło im żyć…

– To wielka loteria – powiedziała Klara, królowa niemieckiego kabaretu. – Czasami wyciągasz los z napisem „więzienie”, a czasami z napisem „wolność”.

– Na bilecie, który ja chcę, jest napisane „Zachód” – powiedziała Zenaida Radu.

– A ty czego chcesz, Sabino? – zwróciła się do mnie.

– Ja już dawno temu wyciągnęłam swój los – powiedziałam. – Jest na nim napisane „niebo”. 4

Bóg nie tylko dodaje siły, ale obdarza nadzieją, która jest źródłem radości nawet w najcięższych chwilach – to nie jest nasz dom, to nie nasza ojczyzna, nasze życie się tutaj nie kończy. To tylko chwilowa wędrówka – naszym przeznaczeniem jest niebo i nieustające szczęście w obecności Chrystusa przez całą wieczność.

Dlaczego więc tak ważne jest, aby zostawić długopis w rękach Boga, tak aby On sam pisał scenariusz naszego życia?

 Kiedy Bóg pisze scenariusz naszego życia, ma na względzie nasze szczęście i nasze dobro, gdyż – jak napisał C.S. Lewis –  „Pragnienie bycia czymś innym niż tym, czym Bóg chce, abyśmy byli, oznacza faktycznie pragnienie czegoś, co nie uczyni nas szczęśliwymi.”5 Pozwolę sobie również zacytować cenne słowa mojego wspaniałego taty: „Ania, wiele ludzi patrzy na życie z perspektywy „ja” i tego co „ja chcę robić” (…) a Bóg nie pragnie tych „wielkich rzeczy”, które chcemy dla Niego robić i naszej „wielkiej służby” – On pragnie uwielbić się w naszym życiu i On sam wybiera sposób w jaki chce tego dokonać indywidualnie w życiu każdego z nas. Jedni uwielbią Boga będąc misjonarzami, drudzy zmagając się z jakąś niepełnosprawnością i chorobami, inni modląc się za kogoś przez całe życie, a niektórzy „normalnie” żyjąc i pracując. Ważne jest, aby zrozumieć jak Bóg chce się uwielbić w moim życiu i tym oddawać Mu chwałę.”

Wypełnienie woli Bożej w naszym życiu jest lepsze od spełnienia naszych największych marzeń – kiedy Bóg uwielbia się przez nasze życie, my doświadczamy największej radości w Nim. Warto więc oddać długopis, który przywłaszczyliśmy sobie sami pisząc scenariusz swojego życia…

 

 

Przypisy:

  1. John Stott, „Krzyż Chrystusa”, Wydawnictwo Credo, str 192
  2. peacefulwife.com/about/
  3. Corrie ten Boom, „Bezpieczna kryjówka”, Wydawnictwo „Słowo Prawdy”, str 44
  4. Sabina Wurmbrand, „W cierpieniu i nadziei”, wydawnictwo Euro-Laser, str. 126
  5. C. S. Lewis, „Problem cierpienia”, Wydawnictwo Esprit, str 62
  • 36 Posts
  • 0 Comments
Absolwentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Opolskim. Zachwycona Chrystusem, zafascynowana pięknem dostrzeganym w codzienności, ukrytym w tajemnicy ludzkiego życia oraz odkrywanym w Prawdzie objawionej ludziom przez Boga. Zainteresowana historią, językoznawstwem oraz szeroko pojętą tematyka związaną z dzieckiem, jego rozwojem i chrześcijańskim wychowaniem. Poszukiwania biblijnego wzorca dla życia i roli kobiety zaprowadziły ją do odkrywania kobiecości skoncentrowanej na Chrystusie.